Baza danych to dział, do którego wklejamy nasze karty postaci z tym, że w tym przypadku jesteśmy w stanie je dowolnie zmieniać, aktualizować i dopisywać w historii z biegiem czasu nowe wydarzenia.

Alana Luccarius

25 sty 2016, o 17:49



681

MIANO Alana Luccarius

DATA UR. 11.08.2152

MIEJSCE UR. Palaven

RASA Turianin

PŁEĆ Kobieta

OBYWATELSTWA Palaveńskie

SPECJALIZACJA Adept

PRZYNALEŻNOŚĆ Hierarchia Turian

ZAWÓD major Hierarchii, kabalim Surrexis



Wyższe. Ukończony kurs podstawowy i oficerski akademii wojskowej, rozszerzone o indywidualne nauczanie przygotowawcze do służby w Kabale. Absolwentka dodatkowego studium w dziedzinie medycyny pola walki.

Mieszkanie nr 416, Cipritine, Palaven


Mając niespełna metr dziewięćdziesiąt wzrostu z pewnością nie jest karłem, a jednak przy swych rosłych kolegach wygląda zaledwie jak ich cień. Choć kolekcję blizn ma nie mniejszą niż inni od lat służący w barwach Hierarchii, wciąż zdaje się być jedynie ofiarą pobytu w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Choć krok ma tak samo pewny i postawę równie dumną, co jej towarzysze broni, trudno nie brać jej tylko za siostrę rosłych mężczyzn. Drobna i niepozorna, wyglądająca na kilka lat młodszą niż jest w rzeczywistości, stwarza pozory bezradnej. Zastanawiające może być jedynie bystre, dojrzałe spojrzenie brązowych oczu, tak bardzo niepasujące do młódki, za jaką wielu zwykło Alanę brać. Zawahać można się przy oszczędnej gestykulacji Luccarius - gestykulacji, która zwykła charakteryzować wytrawnych, mających za sobą lata doświadczeń oficerów. Te dwa elementy nie są jednak w stanie przełamać aury pozornej niewinności, jaka otacza kabalim, stąd kobieta brana jest za niegroźną znacznie częściej, niż powinna.
Wzrost i waga: 188 cm, 70 kg
Karapaks: stosunkowo szorstki, barwy ciemnografitowej
Oczy: brązowe
Tatuaże: karmazynowy pas ciągnący się od żuwaczek i brody przez nozdrza aż do czoła, gdzie rozwidla się i przechodzi w charakterystyczne pręgowanie grzebienia
Znaki szczególne: kolekcja zestarzałych, wyblakłych blizn skoncentrowanych w okolicach pleców i ramion


Gdyby nie biotyka, zostałaby pewnie lekarzem w jednej z tych dużych, imponujących klinik na Palavenie. Będąc niebywale ambitną i chętną, by się uczyć, nie miałaby pewnie większych problemów z zaliczeniem każdego egzaminu, przed którym przyszłoby jej stanąć. Spędzałaby godziny przyswajając wiedzę, która przeciętnym jest zupełnie obca. Z faktyczną przyjemnością poznawałaby kolejne schorzenia i urazy, recytując ich specjalistyczne nazwy we wszystkich językach, w jakich tylko kazano by jej się ich uczyć. Ucierpiałoby na tym pewnie jej życie towarzyskie, bo mając do wyboru je albo karierę, Luccarius z pewnością wybrałaby to drugie. Mimo to na co dzień byłaby raczej szczęśliwą - możliwość realizowania się w tym, co lubi, wynagradzałaby jej niepowodzenia na każdej innej płaszczyźnie życia.
Tymczasem jednak jest biotyczką, a aspiracje związane z medycyną sprowadziły się do przeszkolenia z medycyny pola walki. Alana nie ma w zwyczaju narzekać, nie powie więc, że czuje niedosyt, że to za mało, że chciała więcej. Każdego dnia będzie powtarzać jak mantrę, że jest dobrze, że przecież i teraz może się realizować. Silne poczucie własnej wartości pomoże jej być z siebie dumną, bo przecież kariera wojskowa to też coś, to droga ku byciu uznaną w silnie zmilitaryzowanym społeczeństwie. Choć jej pierwotne plany nigdy nie obejmowały munduru noszonego dłużej, niż wymaga tradycja, nie zdjęła go, gdy miała taką możliwość, za to z szerokim, zawadiackim uśmiechem uczyniła krok ku dalszej służbie. Nadal ambitna, nadal gotowa poświęcić się zdobywaniu nowej wiedzy, nadal ogromnie ciekawa świata, odkrywa, że to też może cieszyć. Choć przemoc nie przynosi jej chluby, choć agresja nie jest dla niej żadną przyjemnością ani powodem do dumy, to i tak daje z siebie wszystko. Nie uznaje przecież półśrodków, robienia czegoś na pół gwizdka. Będąc perfekcjonistką, wkłada serce w każdą dziedzinę, którą się zajmuje. Medycyna? Żołnierka? Handel, rola zaopatrzeniowca? Mogłaby zajmować się wszystkim i we wszystkim znalazłaby plusy, argumenty za tym, by nie rozpamiętywać decyzji, które doprowadziły ją do obecnej chwili. Jest rozsądna, oczywiście, ale ogląda się wstecz tylko po to, by uczyć się na błędach, nie - by je sobie wypominać. Podejmie każde rzucone jej wyzwanie i nigdy nie zejdzie poniżej stu procent normy. Jest iskrą, pełną życia, gotową mierzyć się ze wszystkim, co stanie jej na drodze.
Swą gotowością zaraża, swą postawą daje przykład. Jest w końcu kabalim. Tą, która prowadzi.
Zainteresowania: medycyna ratunkowa i pola walki, lingwistyka (także języki i dialekty wymarłe), historia
Lęki:: Alana cierpi na zespół stresu pourazowego w jego lekkiej postaci. Sprowadza się to do nawracających co jakichś czas napadów lękowych wywołanych nieoczekiwanym skojarzeniem elementu codzienności z trudnymi warunkami pola walki - wentylator w kształcie wiatraka może przypomnieć wirnik bojowego śmigłowca, nagły rozbłysk jasnego światła widzianą z daleka eksplozję.
Jest także silnie związana ze swoim synem, stąd towarzyszą jej typowe obawy rodzicielskie.
Przyzwyczajenia/zwyczaje: Jest wzrokowcem. Najszybciej uczy się ze schematów czy tekstów ubranych w dopracowaną szatę graficzną, stąd w swej codziennej pracy stara się, by wszelkie ewentualne, znaczące materiały przechowywać na omni-kluczu właśnie w postaci estetycznych opracowań. Stara się też nie wychodzić z domu bez podręcznego zestawu ratunkowego, a już absolutną koniecznością jest dla niej posiadanie przy sobie zdjęcia syna.
Uzależnienia: Będąc wzorem zdrowego prowadzenia się, stroni od wszelkiego rodzaju używek. Niektórzy twierdzą jednak, że Luccarius nie potrafi żyć bez codziennej porcji mocnych wrażeń, i że to właśnie dlatego nie przeniosła się do służby cywilnej.
Znaki szczególne: Poza zespołem stresu pourazowego, Alana cierpi również na sporadyczne zaniki pamięci epizodycznej (elementu autobiograficznego).


- Majorze Luccarius.
- Doktorze.
Siedzi na szpitalnym łóżku, które było w tej chwili bardziej jej niż to własne, czekające w domu. Opierając plecy o stos poduszek, czeka. Pytania, od których zaczną, są zawsze te same.
- Wiesz, który dzisiaj mamy?
- Siedemnasty maja.
- Rok?
- 2185.
Lekarz skinął głową. Z tym nigdy nie miała problemów. Te zaczynały się dopiero przy kolejnym poleceniu.
- Powiedz mi, kim jesteś.
- Nazywam się Alana Luccarius, mam trzydzieści trzy lata i jestem... - Początek jest łatwy, własną tożsamość już przecież odzyskała. To później jest gorzej, gdy ciąg skojarzeń nie może zaskoczyć, gdy wspomnienia rozmywają się, zanim ubierze je w słowa. Gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Spokojnie. Nie walcz, Alano. Nie musisz. - Czuje świdrujący ją wzrok psychiatry. - Jeszcze raz.
- Nazywam się Alana Luccarius, mam trzydzieści trzy lata... - Mówi, rozpoczynając chaotyczną rekonstrukcję pamięci.

...i służę w Kabale Surrexis. Miesiąc temu z inicjatywy admirała Atyrusa Kerrila promowano mnie na majora. Aktualnie pozostaję bez przydziału. Mam syna, piętnastoletniego Jaiana. Jego ojcem... Ojciec...

Marszczy brwi, przerywa, spogląda pytająco na lekarza prowadzącego. Ten nie zdradza rozczarowania, choć ona sama pewna jest, że zawodzi jego nadzieje.
- Spróbuj zacząć od początku. Trzymanie się chronologii powinno ci pomóc.
Kiwa głową, milczy przez dłuższą chwilę, szukając momentu, od którego mogłaby rozpocząć. Wreszcie podejmuje decyzję, opowieść inicjuje standardowo.

Nazywam się Alana Luccarius. Moim ojcem jest Theradim Luccarius, porucznik korpusu inżynieryjnego, dwudziesty poziom obywatelstwa. Matka, Sina Trenirius, osiemnasty poziom obywatelstwa, służy we flocie handlowej. W drugim miesiącu ciąży uległa ekspozycji na pierwiastek zero, czego skutkiem było wykształcenie się u mnie zdolności biotycznych.
W wieku siedmiu lat przeszłam zabieg wszczepienia podstawowych implantów biotycznych i rozpoczęłam związane z ich użytkowaniem szkolenie. W wieku piętnastu lat zostałam poborową. Po odbyciu rocznej służby przygotowawczej zakwalifikowałam się na kurs oficerski. Równolegle przeszłam indywidualne szkolenie na rzecz późniejszej służby w Kabale. Wszystkie wspomniane etapy ukończyłam...


- Z kolekcją blizn po burzliwej młodości i wysokimi notami, choć bez wyróżnienia - dokończył lekarz spokojnie widząc, jak umykają jej kolejne słowa. - Kontynuuj, proszę.

Mój pierwszy przydział otrzymałam w wieku siedemnastu lat, jeszcze podczas odbywania studiów oficerskich. Wyznaczono mi służbę 6. Oddziale Specjalnym Kabał, zajmującym się ogólnie pojętymi akcjami zabezpieczania wysuniętych przyczółków i szpitali polowych. Terenem operacyjnym oddziału były strefy działań ofensywnych przeciw zorganizowanym grupom łupieżczym batarian. Podczas mojej dwuletniej służby nie uczestniczyłam jednak w operacjach terenowych. Skierowano mnie ponownie do akademii na dodatkowe szkolenie w ramach projektu przygotowawczego poprzedzającego sformowanie lub przekwalifikowanie części istniejących Kabał w specjalistyczne oddziały wsparcia medycznego.
To właśnie wtedy zaszłam w ciążę. Miałam osiemnaście lat i stopień podporucznika.


Zawahała się, tym razem jednak nie ze względu na zanik pamięci. W tej chwili dobrze wiedziała, co było dalej. Wszystko pamiętała tak, jak gdyby wspominane wydarzenia rozgrywały się zaledwie wczoraj.
- Desellix Qui'ictus. - Dobrze znane nazwisko wypowiedziane spokojnym głosem lekarza brzmiało obco, zupełnie inaczej niż wtedy, gdy wypowiadała je sama.
- Tak - przyznaje jednak, powoli kiwając głową. - Tak. Porucznik Desellix Qui’ictus, ojciec mojego syna.

Wyselekcjonowany do projektu przygotowawczego podobnie jak i ja. To od niego dowiedziałam się, czym tak naprawdę mają być nowe Kabały. To on powiedział mi, że mają zastąpić obecne oddziały ratunkowe, złożone z pozbawionych biotyki żołnierzy. Podobno sobie nie radzili... Nie, inaczej. Radzili sobie, ale my mieliśmy radzić sobie lepiej. Tak mówiono. Nowe Kabały, już nie zbrojne ramię, a ręka wsparcia, miały być skuteczniejsze. Miały być złotym środkiem między zdolnościami bojowymi a dodatkowym wykształceniem kierunkowym. To one... To my mieliśmy trafiać na front, by wyciągać stamtąd rannych i zostawiać poległych. Mieliśmy przedzierać się przez najgorszy zamęt, by zabierać stamtąd tych, o których moglibyśmy jeszcze walczyć. Mieliśmy być zrzucani tam, gdzie ważyło się czyjeś życie. Mieliśmy być szybcy, wytrzymali, mieliśmy zbawiać. Takie było założenie.
Powiedział mi to wszystko, a ja w zamian dałam mu syna. Chciał go. Desellix chciał mieć rodzinę... Ale ja nie chciałam Desellixa. Chyba. To zresztą i tak nie jest ważne, bo jego już nie ma.


Przeciera twarz dłonią. Ręka drży jej, ale to podobno minie. Gdy dostanie wypis, będzie sprawna i gotowa do dalszej służby, tak mówią. Chrząknęła cicho i wróciła do opowieści. Musiała mówić, tego od niej oczekiwano. A ona przecież zawsze spełniała oczekiwania.

Miałam dziewiętnaście lat, gdy szkolenia zakończyły się i przystąpiono do kształtowania nowych oddziałów. Niektórzy wrócili do swoich poprzednich przydziałów, przynosząc im ze sobą przekwalifikowanie. Inni, tak jak ja, trafiali do nowo sformowanych grup. W moim przypadku była to Kabała Surrexis. Miała pewnie jakąś bardziej oficjalną nazwę, jakiś numer, ale nie pamiętam go. Chyba mało kto pamięta. To zawsze była po prostu Surrexis.
Było nas sześcioro. Lucilius Jorim był lekarzem z prawdziwego zdarzenia. Aterceo Siyn, Orian Paragna i Jaick Vyethis tak jak ja zostali przeniesieni z innych oddziałów specjalnych i przeszli szkolenie ratunkowe. Desellix Qui’ictus był naszym kabalim.
Oczekiwaliśmy, że od razu zaczniemy działać. Spodziewaliśmy się, że rzucą nas na głęboką wodę, tak, jak zazwyczaj się robiło. Gdy zamiast tego wysłano nas na poligon, czuliśmy się oszukani. Rozczarowani.


- A teraz?
- Co - teraz?
- Czy teraz nadal uważasz, że to było zbędne? Że zamiast na poligon powinni rzucić was przeciw batarianom, rozkazując tylko róbcie swoje?
Nie zastanawia się nad odpowiedzią. Od razu kręci przecząco głową.
- Nie. Tak było trzeba. A ja dzięki temu mogłam widzieć, jak dorasta mój syn.

To trwało pięć lat. Pięć długich lat, których większość spędziliśmy na symulacjach, a nie prawdziwej pracy. Zwiedziliśmy wszystkie poligony na Palavenie, przeszliśmy przez kręgi piekieł każdego z oficerów szkoleniowych. Nagle okazało się, że dotychczasowe nauki, jakie każdy z nas miał za sobą, były niewystarczające. Że musieliśmy nauczyć się znacznie więcej. Poznać swoje granice, przełamać obawy. To czeka każdego z żołnierzy, oczywiście, że tak. Ale to my mieliśmy wychodzić naprzeciw najgorszemu. Wciskać się w sam środek najcięższych starć, w walce o czyjeś życie stawiając swoje własne. To do tego próbowano nas przygotować. Do ciągłej bliskości śmierci, która miała być naszym jedynym wrogiem. To nie z fizycznym nieprzyjacielem mieliśmy rywalizować, ale z nią. To z nią mieliśmy się ścigać. Nie sądzę, by do tego dało się kogokolwiek przygotować.
W tym czasie Jaianem zajmowała się moja matka. Nasz mały, dorastający chłopiec był blisko. On, ja i Desellix byliśmy parodią rodziny. Qui’ictus sądził, że na takich podstawach da się coś zbudować, ale to nie było możliwe. Mogliśmy przez jakiś czas poudawać, czemu nie, ale to musiało się kiedyś skończyć. Nie sądziłam jednak, że tym końcem musi być śmierć.
Szóstego roku, gdy proporcje między czasem spędzonym na poligonie a tym na froncie zaczęły wreszcie się zmieniać, po raz pierwszy zobaczyliśmy, co tak naprawdę mamy robić. Kim jesteśmy. I nie, poprzednie pięć lat nie mogło nas na to przygotować. Ani poligon, ani dziesiątki odbytych wtedy misji nie mogły sprawić, byśmy byli dobrze przygotowani. Mogliśmy awansować, wspinać się po szczeblach kariery, ale nie mogliśmy tak nauczyć się życia, które nam przeznaczono.
Chrzest ognia, dosłownie to nas czekało. Miałam dwadzieścia pięć lat i... I musiałam... wszyscy musieliśmy...


- Alano?
- Masz to w papierach - mówi, oddychając szybciej. - Masz to w cholernych papierach.
- Mam.
- A jednak muszę mówić.
- Tak. Wiesz, dlaczego.
Wiedziała. I mówiła.

Towarzyszyliśmy oddziałom wysyłanym na Trawers Attykański, patrzyliśmy, jak stopniowo, banda po bandzie, eksterminują batariańskich łupieżców. Ryzykowali swoje życie w imię bezpieczeństwa innych statków, innych istnień. Spędzali długie miesiące poza domem, by później inni nie musieli się bać, czy wrócą. To było chwalebne, godne wynagrodzenia. Tak naprawdę motywy nie robiły jednak większej różnicy. Początkowo nie mieliśmy co robić, później brak nam było czasu na przechorowanie własnego strachu.
Nie jestem taktykiem, nie wiem, co tak naprawdę się stało. Może po prostu trafiliśmy na silniejszych. W każdym razie - rozpętało się piekło. A my w te piekło musieliśmy wejść. Płonące okręty, z których wyciągaliśmy rannych. Chrzest ognia. Nie każ mi... Nie będę tego opisywać. Nie chcę. Nie chcę znów mieć tego przed oczami.
Potem nie było lepiej. Wiesz, dlaczego? Bo się sprawdziliśmy. Byliśmy twardzi. Daliśmy radę. Ratowaliśmy naszych z ognia i z pokładu objętego batariańskim abordażem. Torowaliśmy sobie drogę do każdego, kto potrzebował pomocy, kto nie mógł ewakuować się sam. Najpierw na statkach, potem na ziemi. Nie miało znaczenia, gdzie. Byliśmy tam, gdzie musieliśmy być. Rozlewaliśmy krew i ratowaliśmy krew. Walczyliśmy o życia, okrywając się chwałą. Chwała, honory... To nas czekało. Byliśmy bohaterami. Nadzieją każdego, z którego gardła wyrywał się potępieńczy krzyk bólu. Mitologizacja była czymś nieuniknionym. Mitologizacja i kolejne piekła. Jedno, drugie, kolejne. Raz podołaliśmy, czekało zbawianie kolejnych.
Potrzeba było kolejnych pięciu lat, by ktoś wreszcie spostrzegł, jak to się na nas odbija. Kolejnych lat, kolejnych oddziałów ratunkowych i kilku śmierci na służbie. Śmierci godnej odznaczeń za poświęcenie. Dla nikogo z nas takie wyróżnienia nie miały wartości.
U nas, w Surrexis, zginął Desellix. Miał chyba szybką śmierć. Chyba, bo nie widziałam. Nawet... Nawet nie pamiętam, kiedy dokładnie... Ale zginął. Zastrzelony lub przecięty batariańskim omni-ostrzem. Przejęliśmy rannego, którego ratował. To było proste, automatyczne, takie zachowanie nam wpojono. Ktoś z nas pada, pozostali podejmują przerwaną walkę o życie. I zaczynają nową, o brata. O Qui’ictusa też walczyliśmy. Zabraliśmy go, choć nie było po co.
Nie, nie rozpaczałam po nim. Nie tak, jak powinnam. Jaian... To moja matka o wszystkim mu powiedziała. Umiała to zrobić lepiej niż ja.
Trzydziesty pierwszy rok życia był dla mnie rokiem wypalenia. Tak to nazwaliście. Wiesz o tym, bo przecież to wtedy trafiłam do was po raz pierwszy. Wcześniej nie mieliście dla nas czasu. Wcześniej my nie mieliśmy czasu dla siebie.


- Mogę się napić? - Oddycha powoli, regularnie. Nie pierwszy raz przechodzi przez tę historię. Musi ją powtarzać raz za razem, musi sobie przypominać. Teraz, upijając łyk przyjemnie chłodnej wody z podanego jej kubka, wie, że to od tego się zaczęło. To nie trudy walk sprawiły, że pozwolono jej zwolnić, a jeden wypadek, który mógł się zdarzyć każdemu. - Wiesz, teraz myślę, że... - Parska urywanym śmiechem. - Myślę, że inni też by chcieli zapomnieć. Na chwilę. Na krótko. Na tyle, by niemy krzyk został wreszcie usłyszany.

Nasza kultura wymaga twardości, podporządkowania się spartańskim warunkom, poświęcenia dla ogółu. Nie dziwię się więc, że nikt nie zauważył. Po prostu... Słabość nie pasowała. Nie mogliśmy być słabi. Mieliśmy radzić sobie z problemami na własną rękę i to jak najszybciej, by nie rozpraszać się niosąc pomoc innym. Można by więc powiedzieć, że ta jedna akcja była nam na rękę. Że chwilowe zawieszenie Surrexis było dobrą kartą.
To nie było nic szczególnego. Jakiś zakrojony na większą skalę szturm na bazę przeładunkową batariańskich przemytników. Nawet nie pamiętam, co przemycali. Broń, narkotyki, nie wiem. To bez znaczenia.
Kogoś ratowaliśmy. Dla kogoś się poświęcaliśmy. I wtedy, chyba, coś wybuchło. Jakieś ładunki, zaminowane przejście... Nie pamiętam, cholera. W jednej chwili opatrujemy ranę, w drugiej już nas nie ma. W trzeciej budzimy się w towarzystwie takich, jak my. Inna Kabała przejęła naszą pracę - i nas.
Zajęliście się nami, bo było źle. Byliśmy poparzeni, ranni, w skrócie - wreszcie zasługiwaliśmy na uwagę. Ja zasługiwałam na największą, bo zapomniałam. Zapomniałam, kim jestem. Co przeszłam. Co tu robię.
Jestem wdzięczna za pomoc, naprawdę. Za te półtora roku takich samych rozmów, dzięki którym odzyskałam część tego, co straciłam. Za to, że zechcieliście grzebać mi w głowie. Nieważne, że to technika niesprawdzona. Że może nie działać lub zacząć kolidować z biotyką. Nieważne. Bo wreszcie trochę mniej się boję i chyba... więcej pamiętam. Autosugestia? Pewnie tak, bo nie temu miało to służyć. Albo coś wam wyszło przypadkiem. Pozytywny skutek uboczny. Nie wiem, nieistotne. Jestem wdzięczna za półtora roku przed i pół roku po operacji. Za to, że za mnie walczyliście, że daliście mi możliwość rezygnacji ze służby, że...


Patrzy, jak lekarz uśmiecha się z aprobatą. Już nie ma wrażenia, że go zawiodła. Teraz chyba jest dobrze. Tak, jak powinno być.
- Kim więc jesteś?
- Jestem Alana Luccarius, major Hierarchii, kabalim wskrzeszonej Surrexis. Dziś rano odrzuciłam propozycję przejścia do służby cywilnej, a komisja oceniła mnie na zdolną do dalszej służby. Nowy przydział to Bazyliszek, mobilny, w pełni wyposażony oddział ratunkowy. Mam stawić się zaraz po wypisie.


PRZEBIEG SŁUŻBY dostęp przyznany, trwa ładowanie akt

Wykonane misje:
brak

Aktualnie wykonywane:
# [MG] Tytuł # raport [url][1][/url]



Będący zmodyfikowanym nieco i usprawnionym modelem frachtowca Bazyliszek jest nie tylko ogólnie pojętą jednostką wsparcia, ale przede wszystkim mobilnym oddziałem ratunkowym. Wszystkie wprowadzone zmiany dotyczące struktury okrętu skoncentrowały się na dostosowaniu go do przeznaczonej mu funkcji. Maksymalnie redukując uzbrojenie (w tym momencie Bazyliszek posiada jedynie podstawowe systemy ofensywne mające służyć nie tyle faktycznej walce, co ewentualnemu zdobywaniu czasu potrzebnego wsparciu na przybycie i przejęciu na siebie roli jednostki bojowej), dokonano kompleksowej wymiany systemów obronnych, czyniąc z frachtowca jednostkę ponadprzeciętnie wytrzymałą. Sam pokład Bazyliszka również przeorganizowano, przekształcając hale ładunkowe w kilka mniejszych pomieszczeń o różnym przeznaczeniu. I tak obecnie mobilny kompleks ratunkowy składa się z trzech podstawowych pomieszczeń zabiegowych, dwóch sal operacyjnych (z założenia dostosowanych do przeprowadzania zestawu kilku standardowych ingerencji chirurgicznych ratujących życie), jednej komory hiperbarycznej, sali intensywnej terapii dla względnie ustabilizowanych pacjentów oraz pięciu standardowych sal szpitalnych. Ponadto na pokładzie znajduje się również nieduży magazyn podstawowych leków i środków anestezjologicznych. Z pomieszczeń pozamedycznych warto wspomnieć wewnętrzny hangar, przeznaczony do transportu śmigłowca transportowego G-42 „Modliszka”. Podobnie jak Bazyliszek, Modliszka jest jednostką taktyczną praktycznie niezdolną do walki. Rolą silnie opancerzonego śmigłowca jest przede wszystkim dostarczenie Kabały Surrexis na miejsce działań oraz zapewnienie transportu rannych na pokład frachtowca (pełnienie funkcji ratunkowej umożliwia specjalistyczne wyposażenie ratunkowe w postaci chociażby defibrylatora, kardiomonitora czy pakietu podstawowych farmaceutyków). Maszyna może również służyć jako niewielki desantowiec lub transporter niezbyt ciężkich ładunków, które następnie składować można w jednym średniej wielkości magazynie Bazyliszka.
Jedyną większą manifestacją bezpośrednich funkcji wsparcia frachtowca jest zbrojownia. Poza standardową funkcją przechowalni sprzętu załogi Bazyliszka, wyposażona jest również w dodatkowe zaopatrzenie, które dostarczyć można na miejsce bezpośredniego zapotrzebowania. Zaopatrzenie to obejmuje głównie granaty, pochłaniacze ciepła oraz pakiety medi- i omni-żeli. Ponadto znaleźć można pojedyncze sztuki zapasowej broni.



> wszczep: eksperymentalny implant stymulujący; podczas silnych napadów lękowych na zasadzie sprzężenia zwrotnego stymuluje ośrodek szczęścia, przyspieszając powrót układu nerwowego do stanu pozalękowego; implant wciąż traktowany jest jako będący w fazie testów, stąd nie jest niezawodny;
> zdjęcie syna, szesnastoletniego Jaiana Luccariusa
> podręczny zestaw ratunkowy: podstawowy zestaw bandaży, adrenalina w ampułkach do zastrzyków, podstawowy zestaw do szycia, leki przeciwwstrząsowe, środki dezynfekujące, jednorazowe rękawiczki, sterylny skalpel;
> krótka lista najważniejszych wspomnień ułożonych w kolejności chronologicznej - jest punktem zaczepienia w momentach amnezji, ułatwiającym odzyskanie pamięci;

> Do piętnastego roku życia przebywający pod opieką Siny Trenirius Jaian obecnie, mając już za sobą roczną służbę przygotowawczą, dostał przydział do korpusu inżynieryjnego. Jego obecne miejsce służby to również Bazyliszek, gdzie zajmuje się utrzymywaniem w stanie pełnej sprawności śmigłowca G-42.
> Alana Luccarius została uznana za zdolną do dalszej służby wojskowej z tego względu, że zaniki pamięci epizodycznej nie przekładają się na jej niezdolność do pracy. Będące większym problemem ataki lękowe związane z zespołem stresu pourazowego ograniczono dzięki wszczepionemu kobiecie implantowi. Oczywiście, napady takie wciąż się zdarzają, mimo tego zdecydowano się przyznać Alanie nieoficjalny okres próbny, podczas którego ona sama będzie stale monitorowana, a jej zdolność do służby - ponownie oceniana.
> W związku z zanikami pamięci epizodycznej Alana poddana została terapii psychologicznej obejmującej kolejne rozmowy z lekarzem prowadzącym. Leczenie w ten sposób nie doprowadziło do pełnego odzyskania wspomnień, ale umożliwiło Luccarius nauczenie się, jak sobie w sytuacjach amnezji radzić.
> Ekspozycja Siny Trenirius na pierwiastek zero związana była z nieodpowiednim zabezpieczeniem systemów napędowych jednego z okrętów floty. Awarię wprawdzie szybko wychwycono i naprawiono, tym niemniej kontakt z pierwiastkiem stał się już wtedy faktem.
> Przyznanie jej statusu kabalim decyzją było poniekąd kontrowersyjną, popartą jednak stosownym autorytetem. Do wyznaczenia Alanie tej roli przyczynił się admirał Atyrus Kerril, ten sam, który promował ją także na komandora porucznika. Przeciwni tej decyzji łatwo doszukali się w niej naleciałości osobistych, niewiele jednak mogli zrobić - ewentualne odwołanie musiało zaczekać do pierwszego znaczącego potknięcia Alany.
Jeśli chodzi zaś o wspomniane naleciałości osobiste - te są dwutorowe. Z jednej strony mamy postać córki Atyrusa, porucznik Floany Kerril, będącej jedną z ocalonych przez Surrexis w jednej z bardziej spektakularnych akcji ratowniczych, z drugiej zaś - opinię lekarza prowadzącego Alany, Kany Ennidrosa, prywatnie będącego bliskim przyjacielem admirała. Ten dwugłos z pewnością odegrał istotną rolę w procesie decyzyjnym Kerrila (nie tylko w odniesieniu do Alany, ale promocji wszystkich członków Kabały), czy jednak na nim zaważył? Trudno powiedzieć, ostatecznie Luccarius ma przecież stosowne kwalifikacje i doświadczenie na służbie. Tak czy inaczej, admirał zaryzykował, a czy się pomylił - to z czasem miało się okazać.


ODZNACZENIA

Rekrut 0/5
Jeden z wielu 0/10
Eksplorator 0/10
Zagubiono-znaleziono 0/10
Skupiony 0/3
Poczta 0/5
Maniak zakupów 0/500.000
Zawsze gotowy 0/2
Bez litości 0/10
Podstawowe szkolenie 9/30
Wysoko na niebie 0/5
Reakcja łańcuchowa 0/50
Osiłek 0/30
Bezsprzeczny idealista 0/35
Bezsprzeczny renegat 0/35

Ostatnia edycja karty: 27.01.2016 r.
ARMOUR # CASUAL #NPC # BASILISK

ObrazekObrazek

+ efekt kriowybuchu (3) przy ataku wręcz [kriomod]
+ 5% efektywności mocy biotycznych
Alana Luccarius

Avatar użytkownika
 
Posty: 55
Dołączył(a): 24 sty 2016, o 00:42
Miano: Alana Luccarius
Wiek: 34
Klasa: Adept
Rasa: Turianin
Zawód: major Hierarchii, kabalim Surrexis
Postać główna: Rebecca Dagan
Lokalizacja: Palaven
Status: Podlega obserwacji ze względu na zaburzenia neurologiczne i posiadany implant. Oficerem ją nadzorującym jest Caius Varril, członek Kabały.
Kredyty: 7.930

Powrót do Baza danych

KTO JEST ONLINE?

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość