Ojczysta planeta ludzi wkracza w złoty wiek - rozwojowi ulega przemysł, handel i sztuka. Postawiono na ekologię i lepiej zagospodarowano teren, dzięki czemu wszystkim, teoretycznie, żyje się lepiej, choć prawdę mówiąc stale rośnie przepaść między biednymi i bogatymi mieszkańcami.
LOKALIZACJA: [Gromada Lokalna > Układ Słoneczny]

Re: [FRANCJA] Alpy francuskie

27 wrz 2015, o 20:13

To był istny chaos. Widząc, jak Hearrow wdaje się w starcie, którego na dobrą sprawę nie miał szans wygrać, Dubois działała instynktownie. Kamuflaż, brutalna egzekucja - fontanna gorącej krwi trysnęła z gardzieli zamordowanego z zimną krwią, podrygującego agonalnie jeszcze tylko przez chwilę najemnika - przejęcie broni (w dłoniach złodziejki znalazł się ciężki M-22 Patroszyciel) i zwrot akurat w chwili, w której wybrzmiewał ostatni strzał oddany przez Arrowa. Dwa pociski rzezi trafiły bezbłędnie - w starciu z pierwszym tarcze Hounda zamigotały ostrzegawczo, w obliczu kolejnego pękły z drażniącym uszy brzękiem. Trzeci strzał jednak przelał czarę - czarnoskóry najemnik ani myślał stać bezczynnie. Odzyskawszy już równowagę po zamaszystym ciosie, wykrzywił twarz w pogardliwym grymasie i w jednej chwili znów był tuż przy Arrowie. Pomimo swej postury - był szybki. Dość szybki, by wykorzystać niewielki dystans jaki dzielił go od żołnierza. Dość szybki, by tym razem, korzystając z jednego, może dwóch dzielących ich kroków, nie dać Hearrowowi szans na unik.
Długie ostrze tym razem nie przecięło powietrza. Wcinając się w kurtkę i bluzę, bez oporu przedarło się aż do powłok skórnych, rozcinając je w jednym, płynnym ruchu. Karmazyn szybko splamił zarówno ostrze, jak i ubrania - Marshalla i Hounda. Pod podporucznikiem ugięły się nogi.
Dopiero wtedy też czarnoskóry dał po sobie poznać, że słyszał słowa Irene. Powoli omijając rannego żołnierza, zatrzymał się za plecami klęczącego i uniósł na Dubois spokojne spojrzenie sponad jej rannego wybranka. Uśmiechał się. Na wargach czarnoskórego mężczyzny tańczył uśmiech, który - choć wyraźnie przełamany własnym bólem, własną goryczą - był aż nadto pełen rozbawienia.
- Pytałaś, czego chcę. - Opuszczając dłoń z ostrzem, uginał ją tylko na tyle, by końcówka broni nie dotknęła zimnego podłoża. - Szczerze mówiąc, nie planowałem aż tak dramatycznego przedstawienia, ale... - Hound gwałtownie uniósł nieuzbrojoną dłoń, gestem powstrzymując pozostałą trójkę najemników. - Twój bohater wolał najwyraźniej zdecydować za mnie. Pytałaś, czego chcę. Może po prostu pokazać ci, jak wiele nas łączy? Hej, wychodzi na to, że jesteśmy rodziną. - Mężczyzna parsknął śmiechem. Choć z jego własnej twarzy nie schodziło napięcie związane z krzywdą Alice, najemnik był przecież profesjonalistą. Skoro takie przedstawienie miało już miejsce, należało je dokończyć.
- A może odebrać ci twoją zabawkę tak, jak ty odebrałaś mi moją? - Hound uniósł brwi w znaczącym wyrazie. - Ale wiesz co? Ze mnie jest porządny facet, można powiedzieć... miłosierny. - Znów pełen rozbawienia uśmiech. - Proszę bardzo. Możesz go sobie zabrać. - Cofając się o krok, gestem uzbrojonej w ostrze ręki wskazał obficie krwawiącego Hearrowa. Przez kurtkę niewiele było widać, ale jeśli odpowiedzią miała być rosnąca w zastraszającym tempie plama krwi na ubraniach - z żołnierzem było źle. Bardzo źle.
Z tymi słowy, nie spuszczając oka z Dubois, kolejnym niemym rozkazem nakazał swej podwładnej zająć się Alice. Kobieta w kilku krokach znalazła się tuż obok nieprzytomnej nastolatki i, położywszy skrytą w ciężkiej rękawicy dłoń, unieruchomiła Barta. Chłopak, wyraźnie w szoku, zamarł. Uniósłszy oczy, spojrzał najpierw na najemniczkę, potem na Irene, wreszcie - na Hounda.
- Ona... - Nie podnosząc się z miejsca, ratownik zacisnął kurczowo dłoń na drobnej dłoni Alice. - Ona... Potrzebuje pomocy. Potrzebuje... Proszę.
W oczach blondyna lśniły łzy. Stojąca tuż za nim zbrojna kobieta uniosła pytające spojrzenie na swego pracodawcę.
Mistrz Gry

Avatar użytkownika
 
Posty: 8464
Dołączył(a): 1 cze 2012, o 22:04

Re: [FRANCJA] Alpy francuskie

28 wrz 2015, o 11:22

Za późno. Wszystko za późno.
Nawet nie zauważyła krwi, która wystrzeliła z rozciętej szyi i teraz pokrywała rękaw i przód jej kurtki. Chyba nie zarejestrowała w ogóle, że tego mężczyznę zabiła. Dostała strzelbę, która była z pięć razy cięższa od Tłumiciela i wycelowała ją w Hounda, ale za późno.
Jej wzrok przyciągnął Arrow, upadający najpierw na kolana, a potem na bok za plecami najemnika. I czerwona plama, rozprzestrzeniająca się po jego kurtce. Kurtce, do diabła. Wszyscy tu byli opancerzeni i uzbrojeni, a on stwierdził że będzie się teraz mścił za splamienie jej honoru. Do tego jeszcze Alice. Irene doskonale wiedziała, że jej tego nie wybaczy, ani ona, ani Bart, a w szczególności Nathalie.
Przez moment stała tak, z wyprostowaną ręką, świdrując Hounda nienawistnym spojrzeniem, ale w końcu opuściła strzelbę i doskoczyła do podporucznika. Może liczyła na to, że nikt nie poderżnie jej gardła kiedy będzie się nim zajmować. Może chciała wierzyć w miłosierdzie najemnika. Ale tak czy inaczej uklękła przy Hearrowie tak, by widzieć wszystko, co dzieje się w jaskini, by nie dać się zaskoczyć.
- Nie jesteśmy rodziną - wysyczała przez zęby, rozpinając kurtkę rannego i ostrożnie podciągając do góry resztę ubrań, by odsłonić ranę. Było zimno, owszem, ale nie miała innego wyjścia, zresztą chłód mógł złagodzić ból, o ile Arrow w ogóle jeszcze go czuł. Uniosła wzrok na kobietę unieruchamiającą Barta. - Po cholerę go trzymasz? Pomóż Alice!
Wiedziała że nie ma prawa do wydawania rozkazów, czy chociażby sugerowania im co mają robić, ale Hound musiał się z nią zgodzić, jeśli faktycznie na dziewczynie mu zależało. W tym czasie Irene odłożyła strzelbę na ziemię, obok nogi, by móc po nią w każdej chwili sięgnąć i wyciągnęła tubkę z medi-żelem, żeby choć trochę załatać ranę. Na tyle, żeby dało się podporucznika dowieźć do szpitala. Potrzebowali żeby ktoś po nich przyleciał.
- Tylko tyle? - rzuciła gorzko. - Chciałeś mi pokazać, że jesteśmy rodziną, że wiesz kim jestem naprawdę, że możesz zmanipulować głupiutką nastolatkę na tyle, że pozwoli się zabrać z rodzinnego domu? No to pokazałeś, możesz być z siebie dumny - zakleiła Hearrowa i opuściła z powrotem jego ubrania zakrwawionymi rękami. Jej ostatnie spojrzenie padło na świeżo wytatuowane konie. Przeszło jej przez myśl, że jak każdą bliznę będzie chciał ukrywać tak samo, to będzie musiał w końcu wytatuować się cały. - Nie wrócę do ciebie i nie pozwolę ci zabrać Alice. Nie ma dla niej miejsca wśród najemników. A ty nie jesteś jej ojcem.
Nie umiała sobie wyobrazić jak mogłoby dojść do czegoś takiego. Jak wielki musiałby to być zbieg okoliczności, by Hound omamił tyle kobiet z tej rodziny. Najpierw Nathalie, potem Irene, którą przecież znalazł przypadkiem w samym środku niczego, teraz jeszcze Alice. To wszystko były kłamstwa. Ale jej protesty były tylko protestami, bo przecież nie mogła już nic zrobić. Hearrow był nieprzytomny, Bart był oszołomiony... została sama. Mimo butnego zachowania zdawała sobie sprawę, że jest zdana na łaskę Hounda i jego miłosierdzie. Uniosła więc na niego lodowate spojrzenie i czekała.
VERTIGO
+20% DO TARCZ | -10% DO TRAFIENIA IRENE | +40% DO OBRAŻEŃ WRĘCZ
ObrazekObrazek
CASUAL - FORMAL - MAIN ARMOR - ARMOR 2 - THEME


Wyświetl wiadomość pozafabularną
Irene Dubois

Avatar użytkownika
Mistrz Gry
 
Posty: 1420
Dołączył(a): 27 mar 2014, o 17:41
Miano: Irene Dubois
Wiek: 24
Klasa: Szpieg
Rasa: Człowiek
Zawód: Złodziejka, technik okrętowy
Lokalizacja: Crescent
Status: Uznana za zmarłą
Kredyty: 5.615
Medale: 4
Rekrut (1) Medal za długą służbę (1) Taktyk (1) Operacja Szalony Geniusz (1)

Re: [FRANCJA] Alpy francuskie

28 wrz 2015, o 11:58

Przez dłuższą chwilę ignorując słowa Irene - zresztą, nie zwracał uwagi na całą nią, pozwalając jej klęknąć przy nieprzytomnym już Hearrowie i nijak na to nie reagując - Hound przyglądał się posępnie swej podwładnej. Jasnym było, że to on miał zdecydować, co miało się teraz wydarzyć. Mieli odegnać Barta? Potraktować go jak upierdliwe zwierzątko, które nie ma tu nic do powiedzenia? A może pozwolić mu działać? Nawet teraz, gdy był w szoku, młodzieniec wydawał się być przecież przydatnym - aplikując odrobinę medi-żelu na nafaszerowane odłamkami plecy Alice, zapobiegł ich niekontrolowanemu przemieszczaniu się, a tym samym intensywniejszym krwotokom. Cały czas kontrolował też jej oddech i puls, gwarantując, że gdyby coś zaczęło się dziać, na pewno by to zauważył.
- Wezwijcie ratowników - rzucił wreszcie najemnik, nie kierując swych słów do nikogo konkretnie. Ostatecznie pierwszym, który zareagował, był właśnie Bart. - Dwie ekipy.
Dopiero wtedy, po wydaniu tych rzeczowych dyspozycji, uwaga czarnoskórego zwróciła się ponownie ku Irene. Przez chwilę bez większego zainteresowania spoglądając na krwawiącego mocno Hearrowa - po ostrożnym odsunięciu jego ubrać, uzyskiwało się długą, ukośną ranę biegnącą na całej szerokości brzucha - uśmiechnął się wreszcie gorzko. Wciąż nie dezaktywował swego ostrza, wciąż był wyraźnie spięty - wciąż jednak powstrzymywał też swych najemników od jakichkolwiek ofensywnych zachowań. Niezadowolenie podwładnych - tak doskonale teraz widoczne - nie miało dla niego najmniejszego znaczenia.
- Jesteśmy rodziną - powtórzył ze znużeniem. Ignorując całą tę przemowę o tym, jak bardzo powinien być dumny (swoją drogą, w jego oczach rzeczywiście widać było pewną dozę chorej satysfakcji) - Zdaje się, że przez jakiś czas nie miałaś kontaktu z Nathalie, co? Mniej więcej od jej ślubu z Alainem? - Mężczyzna parsknął cicho, nie kryjąc, co sądził o świętej pamięci mężu Nathalie.
- Wbrew temu, co mogłabyś sądzić, twoja ciotka nie spędziła całego życia w Ostatnim Domu. Nawet po ślubie, a może szczególnie po nim, szukała sobie miejsca także gdzie indziej. Znalazła je między innymi na Omedze. Wiesz, że pod maską gospodyni kryje się całkiem niezły informatyk? Dorabiała sobie u Błękitnych Słońc. Nigdy do nich nie należała, była... konsultantem, powiedzmy. To podobno pozwalało jej się oderwać. Zapomnieć o tym sukinsynu i trwać w chorym związku. - Hound wzruszył ramionami. Życie osobiste Nathalie mimo wszystko go nie interesowało, nie tak, jak własna córka.
- Poznałem ją właśnie na Omedze. To była... chwilowa znajomość. Ale Alice jest moją córką, nie Alaina. To, że Trémoille był w jakiś sposób do mnie podobny - ot, chociażby z koloru skóry - pozwoliło Nathalie wmawiać wszystkim, że jej dziecko jest dzieckiem małżeńskim, ale to gówno prawda. - Ponowne wzruszenie ramion. - Zresztą, nie wierzysz? Zapytaj o to ciotkę. Zapytaj ją wprost, to wszystko ci powie. Jest słaba, nie będzie umiała się wybronić. Zapytaj ją więc o to, gdy już powiesz jej, że Alice zginęła w tych górach. - Spojrzenie najemnika w jednej chwili ponownie stwardniało. Jasnym było, że kwestia zabrania córki nie jest tematem do negocjacji. Zamierzał wziąć ją ze sobą i koniec.
- Nie baw się w Nathalie, kochanie - rzucił oschle. - Nie próbuj układać jej życia tak, jak próbowała zrobić to jej matka. Nie ignoruj jej. Alice ma już siedemnaście lat i, czego zdajecie się nie zauważać, to już wystarczający wiek by wiedzieć, czego się chce lub nie chce.
Zaciskając zęby, najemnik ruszył się wreszcie z miejsca. Wymijając Irene i Marshalla, zatrzymał się dopiero przy swej nieprzytomnej dziedziczce. Kucając obok, zwiesił głowę nad drobnym ciałem, nad okrutnie pokaleczonymi plecami.
- Powinienem odpłacić wam za to w dwójnasób - stwierdził spokojnie, cicho, nawet na Dubois nie spoglądając. - Moja krew, krew ich wszystkich, to nie ma większego znaczenia. Ale Alice... Alice była tu najmniej winną. Nie zrobiła nic, by zasłużyć sobie na coś takiego. - Wciągnął powoli powietrze przez rozdęte nozdrza i równie powoli je wypuścił. Omni-klucz wraz z ostrzem wreszcie zgasły. Lekki, błękitny błysk obwieścił zregenerowanie tarcz najemnika.
Uszu zebranych dobiegł tupot szybkich kroków. Bart, który opuścił grotę przed krótką chwilą, ponownie pojawił się w prowadzącym do jaskini korytarzu - tym samym, którym nadeszli tu wraz z Irene. Tym razem podążało za nim zespół ratowników, zgodnie z zaleceniem mający ze sobą dwa zestawy ratunkowe i dwa transportowe łóżka.
Pozostało ledwie kilka chwil na to, by wymienić kilka ostatnich, niesłyszalnych przez nikogo poza najemnikami słów.
Mistrz Gry

Avatar użytkownika
 
Posty: 8464
Dołączył(a): 1 cze 2012, o 22:04

Re: [FRANCJA] Alpy francuskie

28 wrz 2015, o 12:57

Nie miała powodu, by w to nie wierzyć, a w tym momencie Hound nie miał powodu, by ją okłamywać. Wszystko wiedział, chociaż równie dobrze mogła mu połowę opowiedzieć Alice, a drugą połowę mógł wymyślić. Ale to wbrew pozorom trzymało się kupy i Irene szybko zrozumiała, że jakiekolwiek protesty nie mają tu racji bytu. To była prawda. Nie mogła się bawić w Nathalie, tym bardziej że nie miała z rodziną kontaktu przez długi, długi czas. Nie miała prawa decydować teraz o tym, co było dla nich najlepsze. Nie miała pojęcia co tak naprawdę działo się z nimi przez ostatnie lata, a wcześniej też odwiedzała ich przecież sporadycznie, głównie ze względu na klimat tworzony przez Alaina.
Nie zamierzała pytać ciotki. Nie zamierzała w ogóle wracać do Ostatniego Domu. Nie obchodziło jej to, że został tam cały jej bagaż, spora część jej szafy. Większość to były ciepłe ubrania przeznaczone specjalnie na ten wyjazd i nie zamierzała ich nigdy więcej założyć, bo nie zamierzała się tu pojawić już nigdy więcej. Nie kochała wcześniej Alp tak jak Hearrow i z całą pewnością nie pokocha ich teraz. Wyciągnęła pistolet z jego dłoni, zabezpieczyła i wsunęła go sobie za pasek, by potem wolną ręką ścisnąć dłoń podporucznika. To była jej wina. Wszystko jej wina. Dlatego nigdy nie pozwalała sobie na przywiązywanie się do innych, na emocje, na szczerość. Gdyby go okłamała, wszystko byłoby inaczej. Gdyby uciekła wtedy, na Omedze, uznając jedną wspólną noc za chwilę słabości, wszystko byłoby inaczej.
- To nie było celowe - odparła gorzko, choć nie wiedziała właściwie po co tłumaczy Arrowa. Hounda to nie obchodziło. - Celowe było to, co robiłeś ze mną. Nie zrobiłam nic, by zasłużyć sobie na coś takiego - powtórzyła jego słowa, choć w nieco innym kontekście. Powinna go zabić. - Odebrałam ci zabawkę, bo mnie zepsułeś. Miałam już dość. Alice nic nie będzie. Mam nadzieję, że zaopiekujesz się nią choć trochę lepiej, niż mną.
Hearrow był blady. Z zaciśniętymi zębami wpatrywała się w niego, jakby w jego twarzy miała wyczytać co powinna teraz zrobić. On by jej powiedział. Zawsze wiedział.
Podniosła się z kolan dopiero gdy grupa ratowników dobiegła do podporucznika i przełożyła go na łóżko. Szybko poinformowała ich w jakim jest stanie i co zrobiła, choć miała wrażenie, że jej próby zaklejania rany medi-żelem niewiele dały. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że chyba powinna puścić jego rękę.
Wszystko było nie tak.
Chciała odlecieć stąd jak najszybciej i nie musieć już patrzeć na Hounda. Wystarczająco dobrze znała tę twarz, te szerokie plecy zgarbione nad Alice, doskonale wiedziała że faktycznie cierpi. Bo przecież też był człowiekiem. Chorym, pokrzywionym, ale człowiekiem. Ale nie chciała spędzić w jego towarzystwie ani chwili dłużej. Tylko że jej nogi jakoś same poprowadziły ją do niego. Zanim opuściła jaskinię z podporucznikiem i ratownikami, stanęła obok, nieobecnym spojrzeniem przyglądając się dziewczynie. Trzymana przez nią strzelba wisiała w jej dłoni, skierowana w ziemię, a sama Irene chyba nie pamiętała nawet, że ją ma. Nie tak miała wyglądać misja ratunkowa. Tak się kończyło za każdym razem kiedy Irene próbowała zrobić coś dobrego.
- Odpłaciłeś w dwójnasób, wcześniej na mnie, a teraz na nim - jej głos był lodowaty. - I sam ściągnąłeś to na swoją córkę - ostatnie słowa wypowiedziała z wyraźną niechęcią. Było jej szkoda Alice. Stała się przypadkową ofiarą tylko dlatego, że chciała stąd odlecieć. Że podjęła decyzję, niekoniecznie słuszną, ale to nie miało znaczenia. - Nienawidzę cię i ona też cię znienawidzi. Wcześniej czy później zobaczy jaki jesteś naprawdę. Mam nadzieję że poderżnie ci gardło we śnie. Nie masz pojęcia jak bardzo żałuję, że ja tego nie zrobiłam.
Poza tą gorzką przepowiednią nie mogła zrobić nic więcej. Miała ochotę wysadzić tę jaskinię w cholerę razem ze wszystkimi, którzy byli w środku. Nie mogła nic. Jak wtedy, kiedy trzymał ją na statku. Ta przerażająca bezradność i zależność były w tym wszystkim najgorsze. Uczucia, od których tak bardzo nieudolnie uciekła.
VERTIGO
+20% DO TARCZ | -10% DO TRAFIENIA IRENE | +40% DO OBRAŻEŃ WRĘCZ
ObrazekObrazek
CASUAL - FORMAL - MAIN ARMOR - ARMOR 2 - THEME


Wyświetl wiadomość pozafabularną
Irene Dubois

Avatar użytkownika
Mistrz Gry
 
Posty: 1420
Dołączył(a): 27 mar 2014, o 17:41
Miano: Irene Dubois
Wiek: 24
Klasa: Szpieg
Rasa: Człowiek
Zawód: Złodziejka, technik okrętowy
Lokalizacja: Crescent
Status: Uznana za zmarłą
Kredyty: 5.615
Medale: 4
Rekrut (1) Medal za długą służbę (1) Taktyk (1) Operacja Szalony Geniusz (1)

Re: [FRANCJA] Alpy francuskie

28 wrz 2015, o 13:48

Ratownicy szybko przystąpili do pracy. O nic nie pytając, po prostu zajęli się rannymi. Może powiedział im coś Bart, może to on wymógł na nich nie wtrącanie nosa w nie swoje sprawy - a może po prostu taka była specyfika zawodu. Przede wszystkim - potrzebujący. Wszystko inne później. A tu, w Alpach? Tu może odpowiedzi w ogóle nie były potrzebne. Kto wie, co tak naprawdę kryły jeszcze surowe, zimne masywy gór?
Hound od Alice cofnął się niechętnie, z tymi samymi oporami spoglądając też jeszcze na Irene. Jeśli chciał coś na jej słowa odpowiedzieć, to najwyraźniej od tego zamiaru w końcu się powstrzymał, kwitując całą jej przemowę typowym, tak bardzo drażniącym, nonszalanckim uśmiechem. Albo nie przywiązywał wagi do tego, że słowa Dubois mogą być prorocze... Albo po prostu dobrze wiedział, że takimi nie będą. W sytuacji, gdy dziewczyną powodowały silne uczucia, nie miał zamiaru wyprowadzać jej jednak z błędu.
Ostatecznie zwrócił się więc dopiero do ratowników. Gdy zarówno Hearrow, jak i Alice zostali opatrzeni na czas transportu i ustabilizowani na tyle, na ile się dało, pozostała jeszcze kwestia tego, gdzie docelowo zostaną zabrani oraz, oczywiście, tego co pojawi się w papierach.
- O niej nic nie będzie. - Słowa przychodziły Bartowi z wyraźnym trudem, podobnie jak spoglądanie na Hounda zamiast na nastolatkę. W przeciwieństwie do Irene, młody ratownik nie miał żadnych powiązań z najemnikiem, nie miał podstaw, by źle go oceniać. Szczerze mówiąc, jedynym, który w tej chwili budził niechęć blondyna, był Hearrow. W spojrzeniu chłopaka doskonale było widać przekonanie, że można było załatwić to inaczej.
- Poprosiłem, żeby... Tak może będzie lepiej. Ona chyba naprawdę chciała... Stąd odejść. Zniknąć. - Zmartwiałymi palcami ratownik uaktywnił omni-klucz, po chwili przekazując Houndowi jeden plik. - Wystawiliśmy akt zgonu.
Zaciskając dłonie w pięści, chłopak odetchnął bardzo powoli. Unikał już spoglądania zarówno na Irene, jak i Arrowa.
- Proszę... Ona... Niech pan nie pozwoli, żeby...
Po ciężkiej chwili milczenia Hound odetchnął cicho.
- Nie pozwolę, żeby coś jej się stało. - Skinął głową, wypowiadając to, co Bartowi nie chciało przejść przez gardło. - Dziękuję.
Potem wszystko poszło szybko. Wyniesieni przez ratowników ranni trafili do dwóch oddzielnych promów ratowniczych. Ten z Hearrowem trafić miał najpierw do najbliższego szpitala, potem zaś, gdy stan żołnierza pozwalałby na dalszy transport - do kliniki Siedziby Głównej Przymierza. To, co widniałoby w karcie szpitalnej mężczyzny zależało tylko od Irene, ratownicy z wypisaniem jej, zapewne na prośbę Barta, czekali na jej decyzję. Choć na surowych, męskich twarzach nie widać było ani odrobiny poparcia dla takiego rozwiązania sprawy, to zamierzali dotrzymać złożonej najwyraźniej obietnicy.
Tu były przecież góry. Więzi międzyludzkie i wynikające z nich uczynki miały większą wagę niż wszystko inne.
Jeśli chodzi o Alice, tę przewieziono na obrzeża Labby, gdzie w ukryciu czekał prom najemników. Do publicznych szpitali martwych się nie przyjmuje, a więc i dla nastolatki - choć w praktyce żywej - nie było tam miejsca. Hound podziękował za wszystko skinieniem głowy. W kolejnej chwili razem z całym towarzystwem zniknął na pokładzie latadła, by jeszcze parę chwil później wznieść się w powietrze i odlecieć ku stacjonującemu najwyraźniej gdzieś w przestrzeni okołoziemskiej statkowi. Tam nastolatka miała zostać oddana w ręce pokładowego lekarza, a gdyby było to wymagane - trafić do szpitala, w którym najemnicy mieli specjalne układy.
Jeśli chodzi o zamordowanego przez Dubois najemnika, ten pozostał w kryształowej jaskini. Zabrano mu tylko wszystko to, co mogło świadczyć o jego tożsamości, ciało pozostawiając w krwawej ofierze górom.

Po długiej, uciążliwej walce na szpitalnym SORze wreszcie odniesiono zwycięstwo. Choć Hearrow nie wybudził się, lekarze twierdzili, że ma duże szanse na powrót do zdrowia. Oczywiście, wymagało to czasu i intensywnej terapii, nic nie stało jednak na przeszkodzie, by i jedno, i drugie otrzymał już w przysługującym mu otoczeniu lekarzy wojskowych. Decyzją ordynatora Marshall spędził więc we Francji ponad dwa dni, wieczorem dnia trzeciego zostając przeniesionym na prom Przymierza i zabranym do SGP.
Przydzielono mu pojedynczą salę, do której, po długich naleganiach, tymczasowo dostawiono także łóżko polowe dla Dubois. Na niemal stałą obecność pozwalano jej przez cały tydzień, dopiero po siedmiu dniach nalegając na ograniczenie się do wizyt w ciągu dnia. Wskazując Irene pokój w wojskowym internacie, zapewniono ją, że jako partnerka rannego żołnierza może tam przebywać, ile chce... No, a przynajmniej bardzo długo.
Trzeciego dnia bytności Arrowa na OIOMie do drzwi udostępnionego Dubois pokoju zastukał wojskowy kurier. Paczka, którą jej wręczył, była starannie opatrzona nazwiskiem Irene oraz nazwą placówki, w której obecnie się znajdowała, ale niczym więcej.
Na wierzchu zawartości sporej skrzynki leżał list. Tradycyjny, na papierze, napisany nastoletnią ręką, złożony z jednego zdania.

Dziękuję, że pozwoliliście mi odejść. A.


Wyświetl wiadomość pozafabularną

Wyświetl wiadomość pozafabularną
Mistrz Gry

Avatar użytkownika
 
Posty: 8464
Dołączył(a): 1 cze 2012, o 22:04

Poprzednia strona

Powrót do Ziemia

KTO JEST ONLINE?

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość