Kolonia ludzka jest jednym z najważniejszych, a przy tym najbardziej rozpowszechnionym, punktem na całej planecie. Codziennie trafia tu wiele osób różnych ras. Dzięki idealnemu położeniu, jest zaopatrzona w dostawy słodkiej wody, a klimatem przypomina nieco nizinną, środkową Europę.

Mistrz Gry
Awatar użytkownika
Posty: 12267
Rejestracja: 1 cze 2012, o 21:04
Medals:

Baraki mieszkalne i okolice

3 wrz 2023, o 19:33

Obrazek
Wyświetl wiadomość pozafabularną
Każda istota pozbawiona alternatywy, drogi wyjścia bądź ucieczki potrafiła zareagować agresją. Choć pozostali na powierzchni Zbieracze zostali porzuceni przez swój dom, statek-matkę, próżno było doszukiwać się w ich zachowaniu wrażenia przyparcia do muru. Gdy wypłynęli z uliczek pomiędzy budynkami kolonii, sunęli naprzód, z niezachwianą furią, którą ktoś zapisał w ich DNA, zaprogramował w ich mózgach. Nie było w nich ani chwili zawahania.
Naparli naprzód, czarna fala o połyskujących oczach, niosąca ze sobą tylko śmierć.
- Szkodniki. Wasz opór jest bezcelowy - tubalny głos przedarł się przez terkot karabinów i chrzęst miażdżonych pancerzyków. Żaden ze Zbieraczy nie wydawał się inny od pozostałych - atakowali jak jeden, żywy organizm, a głos wydawał się dobiegać z ich wnętrz. - Jesteśmy początkiem, a wy jesteście końcem.
Głos wdzierał się nawet do wnętrza opancerzonego pojazdu. Brown z całej siły nadepnął na pedał i na krótką chwilę zagłuszył go warkot silnika. Pojazdem rzuciło naprzód, we wściekłej szarży, ku której prowadził ją żołnierz. W stronę celu - ogromnej, unoszącej się lekko nad ziemią kreatury, wciąż osmolonej od jednego z pocisków, który trafił w jej bok.
Praetorianin wydał z siebie przeraźliwy wrzask, przypominający zgrzyt paznokci po tablicy, gdyby te powleczone były metalem. Uderzenie pojazdu było tak gwałtowne, że nieomal jego pasażerowie uderzyli własnymi głowami w sufit, lecz udało im się utrzymać w swoich miejscach. Maszyna zachrzęściła pod potężnymi kołami pojazdu, który na chwilę utknął w miejscu, wzniesiony częściowo na dogasających zwłokach niczym przerażający pomnik.
- Będzie z tego zajebiste trofeum - zadecydował Massani, gdy pojazd zatrzymał się na zgniecionym Praetorianinie. Kopniakiem swojego opancerzonego buta uderzył w przyspawaną blachę, która zapewniała mu wcześniej osłonę i wypadł na zewnątrz, butami uderzając w czerwoną kałużę krwi. Żołnierz być może miał swoje lata, lecz gdy pomknął w szarży w stronę najbliższej grupy, serią z karabinu kosząc jej większość celnie, w jego ruchach nie było niczego niedomagającego.
Zbieracze dopadli do węzła nagle, przekraczając jakąś masę krytyczną, której nie byli w stanie powstrzymać z daleka. Ogromne cielska obcych zaatakowały z bliska, nic nie robiąc sobie z zagrożenia, które stawiali wraz z Krogulem. Diro szybko poczuła, jak w ogniu walki jej generator tarcz poddaje się jako pierwszy, a kule docierają do ceramicznych płyt jej pancerza. Atak Zbieraczy był nagły, agresywny i wydawał się dla wypełnionej adrenaliną turianki personalny.
- Twój atak jest dla mnie obelgą - niski głos zadudnił jej w uszach, gdy jeden ze Zbieraczy, kompletnie ignorując Kiru, Iseul i Krogula stojących obok, uniósł swój karabin celując prosto w turiańską pierś. - Jesteś bakterią. Bez wartości.
Choć jej ciało jeszcze tego nie czuło, trzymane w ryzach przez narastające odrętwienie, umysł Thescii pracował trzeźwo. Wiedziała, że nie ma wiele czasu - w jej rękach pozostały zaledwie sekundy na dokonanie czegoś, co wpłynie na przebieg bitwy, co stworzy jakąś zmianę. Stojąca przy węźle Kiru ze wskaźnikiem laserowym w dłoniach była najważniejszą osobą w całej tej kolonii teraz, w tej konkretnej minucie i gdy Diro rzuciła się w jej kierunku, przypieczętowała swoją decyzję. Zdążyła jedynie przekazać jej swój omni-żel, uderzeniem pięści w panel pobudzając system podtrzymywania życia do zaaplikowania medykamentów, nim nagłe uderzenie pocisków w plecy posłało ją w stronę brudnej, krwistej ziemi. Nim zdążyła jej dotknąć, los łaskawie pozbawił ją przytomności.
- Thescia! - krzyknęła Iseul, przesuwając się w stronę leżącej na ziemi turianki by w jakiś sposób osłonić ją przed następnymi atakami, choć przy tym natłoku, wydawało się to niemożliwe. Wszystko działo się zbyt szybko, zbyt intensywnie. W jednej chwili Diro zwracała na siebie uwagę Zwiastuna, w drugiej to Makbeth, skąpany w krwi Zbieraczy i własnej, spoglądał prosto w wycelowane w siebie lufy karabinów.
Striker z impetem wypadł z wnętrza zaparkowanego na Praetorianinie pojazdu. Karabin, który odnalazł wcześniej, ciążył w jego dłoniach. Już wcześniej spostrzegł, że jego działanie było nieco ryzykowne, lecz zastosowanie jego wady w sposób, jakby była jego zaletą, stanowiło łamigłówkę logiczną dla wprawionego żołnierza. Przyzwyczajony do korzystania z rzeczy tak, by nie traciły na skuteczności, nie miał zbyt wiele czasu by zepsuć swoją zdobycz, lecz błękitne spojrzenie lasera unoszącego się przed nim Praetorianina było jedyną zachętą, której potrzebował. Machina unosiła się w powietrzu, obracając w jego kierunku, jakby dostrzegła, że do niej zmierzał. W jej ruchach było coś organicznego, gdy jej długie kończyny muskały powietrze, przewalając cielsko w stronę zbliżającego się napastnika. W tyle głowy, złośliwy pragmatyzm odpalił w tyle głowy Charlesa odliczanie, a niecierpliwość i napięcie zmusiły go do pośpiechu. Odkrytym przez siebie sposobem, odkrył nagle, jak Chakram nagrzewa się w jego dłoniach do tego stopnia, że wyczuł mrowienie ciepła przez swoje rękawice. Wnętrze broni rozjarzyło się lekko, gdy blask przedarł się przez ubytki w spoiwach, a zablokowany mechanizm produkował coraz więcej ciepła, nie mogąc się ochłodzić.
- Wasza ofensywa jest bez znaczenia - zadudnił głos, wydobywający się z setek otaczających ich ciał. - Siły wszechświata naginają się do mojej woli.
To mógł być ostatni rzut w jego życiu i w dodatku był rzutem rozżarzoną plazmą, która w każdej chwili mogła eksplodować mu w twarz. Striker, ze stoickim spokojem osoby kompletnie niewierzącej w hipotetyczną śmierć lub dogłębnie z nią pogodzonej, wypuścił broń z rąk, ciskając ją prosto w środek mechaniczno-organicznego kadłuba. Chakram eksplodował światłem tak jasnym, że wizjer jego hełmu musiał obniżyć poziom jasności otoczenia na krótką chwilę. Eksplozja nie była tak rozległa jak te wywołane bombami, lecz widok trawiącego przez rozgrzaną plazmę, drżącego na ziemi Praetorianina zdradził morderczą skuteczność śmiertelnej wady w budowie broni.
- Carlos! - ryk Iseul ledwo dotarł do kierowcy schowanego we wnętrzu Mako, które, odkąd stanęło zaparkowane na cielsku Praetorianina, stało się tarczą strzelniczą dla Zbieraczy. - Bomba!
Prowizoryczny ładunek wybuchowy, który znalazł w pojeździe, mógł przydać się w wielu miejscach, lecz wystarczyło zerknąć na węzeł by wiedzieć, że Kiru jest zagrożona. Diro zniknęła gdzieś w dole, za barykadą, a Krogul wyglądał na skąpanego we krwi - wrogów lub własnej. Nacierający wszędzie wokół Zbieracze nie dawali im ani chwili wytchnienia, a oni nie mieli żadnej osłony.
Gdy Brown wyrzucił ładunek, twarz Kang owiała błękitna poświata. Złapała go w powietrzu z pomocą biotycznego pola i, nie zwlekając ani sekundy, zmiażdżyła uzbrojony ładunek zdalnie, zaciskając palce w pięść.
Świat eksplodował, zalewając ich fetorem śmierci i krwi.
Krogul nie zauważył nawet, kiedy znalazł się na ziemi. Góra i dół przestały mieć dla niego znaczenie, liczył się tylko ból, napędzający jego ciało, pompujący adrenalinę do jego serc. Ból wyostrzał jego zmysły, których trzeźwość nie opuściła go nawet wtedy, gdy jego powstanie z ziemi stało się niemal fizycznie niemożliwe. Gdy jego pancerz przedarły pociski w tak wielu miejscach, że każda inna z osób mu towarzyszących odeszłaby do innego świata, krogański poeta zdołał pochwycić za medi-żel, by zatamować swój krwotok. Dostrzegał, że Kang spoglądała na niego z przerażeniem. Mówiło mu to, jak koszmarnie musiał wyglądać, lecz on doskonale wiedział, które rany mogły okazać się dla niego śmiertelne i którymi powinien zająć się w pierwszej kolejności. Tam, gdzie Iseul i Kiru widziały krwawą miazgę, tam Makbeth dostrzegał dwa tygodnie regeneracji. To o wrażliwsze organy musiał się martwić, nie chcąc polegać na zapasowych. Po całym dniu bitew, jego ciało trzymało się wyłącznie na potędze jego umysłu i proteinowych szejków. Dostrzegał, jak ogromna fala nadal nadciągała na węzeł. Widział krew broczącą wszystkich jego towarzyszy i wiedział, że to nie jest jeszcze jego czasu - nie, kiedy ich szanse zdawały się tak bezsensowne bez niego.
Więc Krogul wstał, po raz trzeci, czwarty, czy piąty na tej przeklętej planecie. Wybuch bomby rozbił ciała Zbieraczy na miazgę większych i mniejszych odłamków, osłaniając ich nieco barykadą i węzłem. Wiedział, że oberwał najbardziej - ale był zbudowany w inny sposób niż te owadzie kupy gówna. Widząc nadciągającą grupę, niezrażoną porażką swoich towarzyszy, Makbeth wyszedł im naprzeciw, póki któryś z pocisków nie okazał się o jednym za dużo.
Póki grunt nie wezwał go do siebie na drzemkę, obiecując, że obudzi się w pięknym, krwistym świecie.
- Wasze ataki są prymitywne. To ciało nie ma znaczenia - warknął głos, gdy po raz pierwszy do jego barwy wkradła się złość. Brzmiał ciszej, mniej donośnie, gdy coraz mniej Zbieraczy pozostawało na polu bitwy. - Ewolucji nie da się powstrzymać.
Ciało yahganki przeżyło dziś zdecydowanie za wiele. Utrata przytomności przed wieżą GARDIAN i odniesione przez nią rany dokładały ciężaru na jej barki, wzniesione wysoko i dzierżące wskaźnik laserowy. W swoim długim istnieniu, Heidr Varah na próżno mogła szukać tak ogromnej i zarazem tak specyficznej bitwy. Zbieracze rzucali się wprost pod ich ogień dokładnie tak, jak zapowiadał to ich potężny dowódca - jak ciała, które nie miały żadnego znaczenia. Atakowali zawzięcie, niczym jeden umysł, jedno ramię, a ich celem było dotarcie właśnie do niej.
A jej celem był otoczony burzowymi, pulsującymi chmurami, potężny statek.
Okręt flagowy oderwał się od ziemi z wstrząsem, który nawet ona poczuła. Zaciekle atakowany przez systemy obrony planetarnej, zrzucał elementy swojego poszycia na płat pustej przestrzeni, którą pozostawiał po sobie w kolonii. GARDIAN był w stanie go wystraszyć, zniechęcić Zbieraczy do dalszego ataku, lecz nie był w stanie go zatrzymać - nie w ten sposób, nie celując autonomicznie i nie potrafiąc nawet odnaleźć słabych punktów tej dziwnej, obcej struktury. Z każdą chwilą tej spektakularnej ucieczki, sekundy coraz bardziej jej się dłużyły. Zbłąkane bądź celne kule przedzierały się przez jej tarcze, gdy wystrzelone karabiny nacierających Zbieraczy znajdowały się zbyt blisko. Jej zalepione pośpiesznie żelami obrażenia, których doznała wcześniej, z ognistym bólem otwierały się z powrotem, sącząc krew z jej pancerza. Wskaźnik laserowy, którego unoszenie w górze nigdy nie byłoby dla niej problemem, zaczynał jej ciążyć, gdy statek piął się po niebie w stronę kosmicznej pustki.
Nie potrafiła nie dostrzegać tego, co działo się wokół niej. Widziała Strikera, który rzucił się w grupę przeciwników tylko po to, by oderwać ich uwagę od siebie. Tarcze Charlesa rozbłysły faerią wystrzałów, poddając się pod natłokiem ognia, a z napierśnika mężczyzny wytrysnęła krew. Jego ciało spadło z impetem na ziemię, odczołgując się w tył, butami zapierając na otaczające go cielska przeciwników. Płynąc w trupach, gdy któraś z kul być może cudem minęła jego płuco. Kiru widziała również Thescię, widziała Krogula. Turianka leżała na ziemi, nieprzytomna, chroniona przed ledwo trzymającą się na nogach Kang. Krogul padł nieco dalej, wysunięty i wyglądał tak przekonująco martwo, że Zbieracze nawet nie usiłowali w niego strzelać - tylko przestąpili nad nim, kierując się prosto na Kiru.
Kiru, która nie mogła nic zrobić. Trzymała ten pieprzony wskaźnik laserowy, choć ogromny moloch okrętu już opuszczał atmosferę Horyzontu, wspinając się na jej orbitę. Nie widziała wiązki lasera na jego poszyciu - jedynie ogień wylotowy z jego silników, na którym trzymała nieustannie wbudowany w broń celownik. Nie mieli już czasu. Nie mieli w ogóle czasu. Zbieracze właśnie opuszczali tę planetę, by w zimnych objęciach kosmosu, umknąć pościgowi tak, jak umykali zawsze i każdemu.
- Osiągnęliśmy wymagany dystans. Broń aktywna, cel namierzony - pełen emocji komunikat zabrzęczał z radia Iseul, gdy statek Zbieraczy stał się dużą kropką na niebie, na której Kiru z trudem utrzymywała drżący wskaźnik laserowy. - Potwierdzenie...
- Strzelaj. Sprzątnij tego sukinsyna z nieba - warknięciem przerwał mu znajomy głos, który odezwał się wcześniej. - Niech ptaszek już nigdzie nie poleci.
W takiej oddali, mogli spodziewać się, że niczego nie zobaczą - podobnie jak nie widzieli okrętów, które przybyły do systemu. Kiru spoglądała z wyczekiwaniem, podczas gdy cała reszta zaciekle kontratakowała na nacierających przeciwników.
I wtedy ciemne, pochmurne niebo rozdarł biały blask. Biel zalała ich krwisty plac, zalała ich ciała i ciała ich przeciwników, jak gdyby gdzieś w górze, właśnie eksplodowało Słońce. Z początku ta scena była surrealistyczna - cicha, niema, jakby była tylko oglądanym, ściszonym videm, a nie czymś realnym, dziejącym się kilkaset, czy kilka tysięcy kilometrów nad ziemią.
Gdy huk do nich dotarł, pancerze z trudem nadążyły z odcięciem ich od zewnętrznych sygnałów. Eksplozja była tak potężna, że nawet sylwetki wciąż żyjących Zbieraczy wygięły się w bólu, dając im przewagę. Gdy zmysły w pełni do nich powróciły, pierwszym, co usłyszeli, były głośne wiwaty dobiegające do nich przez radio.
- Potwierdzam uderzenie. Napęd przeciwnika został zniszczony! - wykrzyknął głos, gdy Kiru, wypuszczając wreszcie wskaźnik z dłoni, chwyciła za karabin by wraz z resztą dobić pozostałych przy życiu Zbieraczy. - Udało się. Kurwa, naprawdę się udało!
Po raz pierwszy w historii, okręt flagowy Zbieraczy zawisnął gdzieś w atmosferze, wysoko ponad nimi, pozbawiony możliwości ucieczki.
- Będzie co opowiadać w barach - parsknął Massani, gdy wokół nich wreszcie nastała cisza. Pochylił się nad Charlesem, który, zagrzebując się w stosie ciał, nie wiedział, gdzie jego krew się kończy, a gdzie zaczyna cudza. Gdy Zaeed podał mu swoją dłoń, pomagając mu wstać, Striker czuł, jakby jego ciało rozrywało się na pół. - I tak czy siak nikt nam kurwa nie uwierzy.
Kang jako pierwsza dopadła do leżącej na ziemi Thescii. Błękitna, turiańska krew mieszała się z czerwoną, tworząc błotnistą, brudną kałużę. Gdy Diro otworzyła oczy, czując przejmujący ból i odrętwienie pomimo aplikowanego jej medi-żelu, dostrzegła strach w oczach kobiety, a zaraz potem obezwładniającą ulgę. Iseul musiała na moment pomyśleć, że Diro już się nie obudzi.
Krogulowi zajęło chwilę, by wykopać się ze stosu ciał, którym był pokryty. Pomogła mu przy tym yahganka, która wiedziała, że Makbeth był zbyt wytrzymały, by zdechnąć - choć z pewnością wyglądał, jakby zdechł. Jego pancerz był śliski od krwi, a pod nim miały wykwitnąć nowe, kolejne blizny, w których zapisana była piękna historia.
- Ja pierdolę - sapnęła Kang, gdy upewniła się już, że wszyscy żyją, a Carlos wygramolił się z pojazdu. Obok Zaeeda również najlepiej wyszedł ze wszystkich - jedynie jedna rana w jego boku, której doznał pod wieżyczką GARDIAN, otworzyła się pomimo skorupy medi-żelu, która ją pokrywała. - Ja pierdolę.
Siadła na ziemi, rozglądając się z mieszanką przerażenia i szoku wymalowanej na twarzy. Gdy zdjęła hełm, jej włosy były rozczapierzone i lepiły się do spoconej skóry.
Ich węzeł otaczała setka czarnych ciał.

@Thescia Diro @Krogul MacBeth @Charles Striker @Kiru Heidr Varah @Carlos Brown
Kiru Heidr Varah
Awatar użytkownika
Posty: 671
Rejestracja: 3 cze 2013, o 22:04
Miano: Kiru Heidr Varah
Wiek: 100
Klasa: Szpieg
Rasa: Yahg
Zawód: Przemytnik
Lokalizacja: Cytadela
Status: ex-Krwawa Horda, jako Urdnot Kubera poszukiwana przez organizacje zwalczające przemyt
Kredyty: 48.138
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

3 wrz 2023, o 21:54

Powiedzieć, że bitwa o węzeł szybko wspinała się w rankingu najbardziej popierdolonych akcji w życiu Kiru to jak nic nie powiedzieć. Latające dookoła pocisku, wybuchające bomby i widok Mako dosłownie rozjeżdżającego unoszącego się nad ziemią stwora były istną kakofonią doznań. Na szczęście jej szerokie pole widzenia pozwalało jej skutecznie skupiać wiązkę lasera i równocześnie nit tracić z oczu wydarzeń na polu bitwy. Czuła, że powinna być raczej tam i odpierać kolejne fale przeciwników, ale po prawdzie nie wiedziała komu mogłaby powierzyć laser.
Mogła ufać tylko sobie, że cokolwiek by się nie działo dookoła nie spanikuje i będzie utrzymywać wiązkę na celu do skutku lub dopóki sama nie padnie. Gdzie opcja numer jeden była tą bardziej preferowaną.
Tymczasem sytuacja na polu bitwy stawała się coraz bardziej nieciekawa. Mimo rzucanych co jakiś czas górnolotnych tekstów generał Zbieraczy musiał być świadomy jak niebezpieczny będzie skoncentrowany atak floty gdyż rzucał w ich stronę coraz większe siły. Jej towarzysze również padali jedno po drugim czy to pod naporem ognia czy od ran zadanych przez latające po całym pociski i odłamki.
Niestety wybuch bomby nad węzłem spowodował, że jedna dopiero co zasklepiona medi żelem otworzyła się ponownie, ogłaszając swój powrót do gry coraz intensywniejszym pieczeniem. Na domiar złego Kiru zauważyła, że jej ręce zaczynają się zauważalnie trząść a utrzymanie wiązki lasera w optymalnym obszarze staje się coraz trudniejsze.
Trzymanie takiego lasera nawet przez kilka godzin nie powinno być dla niej problemem, chyba że przez rany odniesione pod wieżyczką i tutaj spowodowały na tyle dużą utratę krwi, że jej organizm nie mógł już jej dłużej ignorować. Mimo to wciąż celowała w silniki statku tak dokładnie na ile pozwoliło szybkie oddalanie się jednostki. Obiecała sobie że zrobi wszystko by to tym wszystkim te skurwysyny nie uciekły, choćby miała paść na środku węzła z utraty krwi.
- Wreszcie! Wolniej się nie dało? - krzyknęła nie będąc pewna czy cwaniaczki po drugiej stronie radia Iseul ją słyszą, nawet jeśli tak było nie zdecydowali się na żaden komentarz poza rozkazem do ataku.
Wyglądało to jak ogromny biały fajerwerk albo nawet wybuch supernowej. Na szczęście systemy w jej hełmie zdążyły przytłumić część blaski, inaczej mogłaby nawet oślepnąć. Huk eksplozji był tak ogłuszający, że nawet działające z pełną mocą systemy wygłuszające niewiele dały, choć bez nich pewnie skończyliby w popękanymi bębenkami. Dla Kiru był to znak, że mogła wreszcie rzucić gdzieś laser i ponownie chwycić karabin by zająć się sprzątaniem pola bitwy z jeszcze żywych przeciwników. Osobiście uważała, że truchła powinno się zanieść na stos i spalić benzyną i miotaczami ognia, ale zapewne naukowcy będą chcieli je przebadać przed utylizacją.
Kiedy wszyscy przeciwnicy wreszcie padli martwi, tworząc wokół nich malowniczy krąg ciał i krwistego błota, Kiru mogła użyć medi żelu by na szybko zasklepić najbardziej poharatane miejsca i powstrzymać dalszy upływ krwi. Było to dość ważne ponieważ jako jedyna z grupy musiała polegać wyłącznie na zdolnościach regeneracyjnych swojego organizmu, gdyż bardzo mało prawdopodobne by flota na orbicie a tym bardziej kolonia dysponowały odpowiednią krwią do transfuzji. Póki jeszcze trzymała ją na nogach adrenalina, widząc że Iseul zajmuje się już ledwie żywą Thescią, skierowała się w stronę stosu trupów gdzie mniej więcej po raz ostatni widziała Krogula. Przerzucając kolejne truchła niczym worki ziemniaków postrzegła w końcu gramolącego się spod nich kroganina, wyglądające mniej więcej tak jakby ktoś przepuścił go przez maszynkę do mięsa.
- Wyglądasz jak gówno – rzuciła komplementem w stronę Krogula usuwając zalegające na nim zwłoki Zbieraczy. Nie żeby jakoś specjalnie się o niego martwiła, potrzeba było znacznie więcej niż kilku pocisków żeby zabić kroganina. Oczywiście nie znaczyło to, że wyglądał dobrze; nawet jemu zajmie trochę czasu by całkowicie wylizać się z ran.
Upewniwszy się, że Thescia i wszyscy inni żyją Iseul doznała chyba jakiegoś rodzaju szoku gdyż opadła na ziemię z wyrazem twarzy jakby nie do końca dowierzała w otaczającą ją rzeczywistość. Kiru jednak nie miała zamiaru dogryzać ludzkiej kobiecie gdyż na pewno przez całą bitwę odczuwała coś do czego yahganka nie była zdolna; strach o własne życie.
- Głowa do góry. Wszyscy żyjemy a statek Zbieraczy jest uwięziony na orbicie i kto inny zajmie się jego oczyszczaniem – powiedziała również przysiadając na ziemi, czując jak trzymająca ją na nogach adrenalina zaczyna puszczać. Jakaś część Kiru żałowała, że nie będzie mogła być tam na górze gdy oddziały desantowe wejdą na pokład. Na pewno znajdą tam kolejnych Zbieraczy, ich technologie a może nawet żywych kolonistów. Niestety i tak już przeginała dziś z nadwyrężaniem swojego organizmu i kolejnej bitwy mogła już po prostu nie wytrzymać. Dodatkowo raczej nie było dość czasu by ich ekipa zdążyła się wyleczyć gdyż nie można było pozwolić by Zbieracze naprawili silniki, lub uruchomili jakieś awaryjne systemy, i czmychnęli z układu. - Lepiej żebyśmy dostali solidną premię za uziemienie tego draństwa.
ObrazekObrazek Wyświetl wiadomość pozafabularną
Carlos Brown
Awatar użytkownika
Posty: 216
Rejestracja: 19 lip 2016, o 16:05
Miano: Carlos Brown
Wiek: 49
Klasa: Żołnierz
Rasa: Człowiek
Zawód: Najemnik
Lokalizacja: OMEGA
Kredyty: 27.360
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

3 wrz 2023, o 23:53

W życiu prowadził auto bardzo rzadko, częściej Mako, ale to też dawno temu w bojowych warunkach. Wpieprzywszy się w wielkie bydle, usiłował wyjechać, ale nie dawał rady. Dalej zdarzenia potoczyły się zbyt szybko by coś zdążył zmienić, takie przynajmniej miał wrażenie. Od strzałów i wybuchów dzwoniło mu w uszach oraz mroczyło w oczach. Hełm może automatycznie ściemnił wizjer i wytłumił hałasy z zewnątrz, ale to nigdy nie jest idealne.
Po wszystkim wyszedł jakoś ze swojej kryjówki we wraku, w jednym ręku trzymając zdobyczny karabin, drugą trzymając się za bok, który uszkodził wcześniej i najwyraźniej uszkodził ponownie jak prowadził.
- Kurwa... Poszło lepiej niż na Torfanie. - Zauważył, rozglądając się i spluwając sobie pod nogi, pewnie na jakiegoś truposza. Na Tofranie też był ledwie ranny, a jego oddział nie przeżył lub nie wyzdrowiał po tej wycieczce. Ale tam nie mieli Mako, tylko ciasne tunele bez atmosfery. Potrzebującym rozdał swoje medi-żele i sobie zachował jeden.
- Trzymaj. Wykrwawiasz się. - Wręczył jeden Iseul, by zajęła się czymś, może na chwilę przestanie myśleć o pobojowisku. Obok Zaeeda, Carlos był w najlepszym stanie, wiec jeśli trzeba będzie być dynamicznie agresywnym to na nich spocznie to zadanie. Usiadł na resztkach tylnej rampy pojazdu i zajął się sobą, ignorując smród pola bitwy. Zaklął najpierw po cichu a potem głośno, bynajmniej nie przez ból.
Adrenalina zaczęła znikać powoli z jego obiegu. Strach, gniew i zmęczenie zaczęły do niego docierać. Dopiero ogarnął, że cały czas się bał o swoje życie i zdrowie, o życie i zdrowie drużyny, o dobro kolonistów. Bał się tych pojebanych robali co nie boją się niczego i jak drony zapierdalają na śmierć. Bał się, że nie zobaczy więcej córki i żony, nawet jeśli byłej. Wciąż miał do niej jakieś uczucia i nie potrafił tak jak ona odciąć się od tego co było między nimi. Wkurwiony był też na kosmitów, którzy przynieśli w to zapewne miłe miejsce tyle śmierci i zniszczenia. Wkurwiony była na siebie za każdy błąd, który popełnił w czasie akcji, i wkurwiony był na innych, za ich błędy. Razem ze zmęczeniem przyszedł ból. Bolało go wszystko, nie tylko bok. Czuł jak agresywna jazda poobijała go, gdzie pasy naciskały na ciało, czuł jak obolałe były jego stawy i mięśnie nadwyrężone wybojami.
- Te... Zaeed... Masz jeszcze tą flaszeczkę? Trzeba wypić za naszych bohaterów. - Oznajmił wreszcie, wskazując na ledwie żywą turiankę, kroganina i w sumie to całą resztę.
ObrazekObrazek Pochłaniacze do broni +2, Szansa na strzał krytyczny: +10%, Obrażenia krytyczne: +5%, Bonus do pancerza: +300
Thescia Diro
Awatar użytkownika
Posty: 95
Rejestracja: 24 wrz 2022, o 11:46
Miano: Thescia Diro
Wiek: 35
Klasa: Inżynier
Rasa: Turianka
Zawód: Kartograf, przewodnik
Lokalizacja: Omega
Status: Poszukiwana przez SOC
Kredyty: 2.175
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

6 wrz 2023, o 09:55

„Bitwa o Węzeł”, nazywała to roboczo w głowie, choć z bitwą nie miało to wiele wspólnego. To była rzeź i walka o życie. Chwilowa rejterada Zbieraczy była jedynie ciszą przed burzą, która miała zmieść ją z ziemi w pierwszej kolejności.
W jednej chwili przeciwnicy trzymali jeszcze dystans, w drugiej szarżowali na nich, posyłając w ich stronę salwę po salwie. Nagle znaleźli się na wyciągnięcie ręki – z bliska byli jeszcze bardziej paskudni i niepokojący, a trafiające celu strzały bolały dotkliwiej. Czas na decyzje kończył się z sekundy na sekundę. Zaciskając zęby wiedziała, że to mógł być koniec.
Nie była na tyle silna, by móc odpłacić się Kiru i też osłonić ją blachą jak tarczą. Postanowiła spłacić dług po swojemu, oddając ostatek medykamentów, na swój ostatni widok przed porażką wybierając pancerz Yaghanki, lśniący krwią i poblaskiem lasera.

Zabolało, mocno – a potem odpłynęła w ciemność.

Kiedy się obudziła, pierwszą rzeczą była przerażona twarz Kang.
– Wygraliśmy? – zapytała na wpół przytomnie, gramoląc się z jej pomocą do siadu. Pospiesznie zdjęła hełm, bo przez błoto i krew nic już nie widziała. Dopiero wtedy dostrzegła smugę dymu w tle, unoszącą się ze statku przeciwników. Przegapiła wszystko. Spektakularny wybuch bomby, strzał w Statek, pomów Zbieraczy i ogłuszający huk zwiastujący ich zwycięstwo. Zerknęła do góry, gdzie wciąż widać było nienaruszoną flotę Artonisa. Obok była Iseul, widziała człapiącą do Krogula (i żywą) Kiru, chwilę potem podszedł do nich Carlos. Niedaleko majaczyli też Massani i Striker. Przeżyli wszyscy. Udało się.
– O kurwa – z ulgą zawtórowała sapiącej obok Kang. Przyjęła darowane medi-żele, ale nie smarowała się jeszcze sama, póki co gapiąc się w odrętwieniu na otaczające ich pobojowisko. Poza tym, nie wiedziała gdzie miała zacząć. Bolało ją dosłownie wszystko.
– Jak nie dadzą ci za to awansu, to ja już kurwa nie wiem – wychrypiała w stronę Iseul i wyszczerzyła się w krzywym uśmiechu. Zęby też miała niebieskie od krwi. – I jak nie postawią nam za to w tej pipidówie pomnika, to się nawet obrażę.
Oparła się o podstawę węzła, czując, że nie da rady wstać co najmniej przez tydzień. Szkoda, że ten stary dziad Asirus tego nie widział.
ObrazekObrazek
Wyświetl wiadomość pozafabularną
Charles Striker
Awatar użytkownika
Posty: 1383
Rejestracja: 6 wrz 2015, o 15:07
Miano: Charles Striker
Wiek: 29
Klasa: Żołnierz
Rasa: Człowiek
Zawód: Kontraktor Przymierza
Lokalizacja: Cytadela
Status: Kontraktor Przymierza
Kredyty: 14.800
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

6 wrz 2023, o 21:44

Zbytnio nie skomentował słów Iseul. Zamiast tego odwrócił się na pięcie i kiedy Carlos zakręcał kolejne kółeczko odwrócił się do Kang. I zamiast odezwać sie na komunikatorach zakrzyknął tylko.
- Kang, piedol się. - Jego ton był rozbawiony, ale można było wyczuć delikatnę nutkę smutku, którą trudno było zaklasyfikować i co nawet chciał przez to przekazać. Nie było na tym świecie osoby, której nienawidził bardziej niż samego siebie. Szczególnie w chwilach takich jak te. Momenty, w których ktokolwiek był zaskoczony że jeszcze zostało z niego cokolwiek z człowieka z kręgosłupem. Kręgosłupem, który był łamany i odbudowany już tyle razy, że Charlie już powoli zapominał jakim naprawdę jest człowiekiem. Po ostatnich przygodach w Chinach, na Mindoirze, Nyx, całym tym gównie była to chyba pierwsza osoba, która pochwaliła, moze i ironicznie, ale pochwaliła. I to nie za to, że umie zabijać. To te momenty sprawiały, że jeszcze bardziej się nienawidził.
Jednak nie mógł się zbytnio pozwolić na to zwyczajowe użalanie się nad sobą. Pierwszy strzał który go trafił,a potem uderzenie o sufit pojazdu, bardzo szybko go przywróciły do rzeczywistego świata. Sytuacja była zła, a lepiej się nie zapowiadało. Słysząc jednak krzyki tego całego Zwiastuna powoli czuł jak jedyne co go napełnia to gniew, który cholernie długo trzymał w sobie.
Ściągnął z pleców karabin znaleziony kilka godzin wcześniej zamiast jednak strzelać dojrzał to co się dzieje pod wezłęm i to, że stojacy za Mako metalowy konstukt raczej długo nie będzie czekał z atakiem. Przyglądał mu się gdy w pewnym momencie implant w jego głowie odpalił się na najwyzszych obrotach, a jego wielkie cielsko wyskoczyło z paki pojazdu. Nie wiedział czy to co zrobi przyniesie spodziewany efekt, czy zrobi cokolwiek przeciwnikowi.
Zrobił coś impulsywnego, a nawet nie czuł wyrzutów sumienia. Ściągnął z ziemi kawałek metalu z wcześniej rozerwanego na strzępy Pretorianina, a potem wbił je prosto w miejsce wymiennika cieplnego broni. Broń iskrzyła lekko w jego dłoń, czuł jak z środka zaczynałą wydobywać się energia.
- Odbij to robotyczna srako. - Karabin przyjął chyba najpiękniejszą trajektorie jaką mógł przyjąć. Striker obserwował to z fascynacja jak małe dziecko. Kolejny raz postawił całe swoje życie na bazie idiotycznego zakładu z losem. Było to jego kolejne małe zwycięstwo, które ugrał fartem. Zero umiejętności, tylko szczęscie. Te niestety się szybko wyczerpało, kiedy przypomniał sobie o reszcie przeciwników, a ci nie bawili się w pół środki. Uciekajac w stronę metalowego korpusu oberwał tyle razy, że nie dosłyszał nawet eksplozji na węźle. W końcu ledwo żywy wyladował za prowizoroczyną osłoną do której musiał się doczołgać. Nie czuł nawet bólu w klatce. Adrenalina oraz narkotyk w organiźmie dość mocno otumaniał jakikolwiek odczuwanie. Kiedy jednak ciało odmówiło współpracy musiał przejść w tryb walki o życie, ale naprawdę. Wyciągnał żele by szybko się poskładać, ale kolejny przeciwnicy wciaż napierali, a ich ciała zaczęły lądować na nim lub w okolicy.
Eksplozja statku sprawiła, że od razu odwrócił wzrok w stronę statku. Śmiał się pod nosem nie wierząc w to, że jednym z powodów przegranej super rasy jest on. Nic nie warty śmieć z Ziemi, który był kolejny raz w dobrym miejscu w dobrym czasie, był tego częścią. Dobrze wiedział, że nigdy nie powininen był być nawet wysłany na tą misję. Pewnie góra uznała, że tu umrze i kolejny raz jednak stal na nogach. Oczywiście z niewielką pomocą Pana Massaniego.
Czuł ból jakiego dawno nie czuł, ale ten był inny. Ten miał sens, zrobił w końcu coś dobrego w swoim życiu. Nawet jeśli przez przypadek bo taką mial misję. Sięgnął do kieszeni by wyciągnąć z ostatniego jointa jakiego miał na sobie. Ściągnął z głowy hełm. Z oczu i nosa leciała mu krew przez przegrzanie implantu. Spojrzał na ukręcona piękność brudna krwią .Chyba jego, albo przeciwnika. Nie wiedział i nie interesowało go to. Zaciągnał sie poteżnie czująć jak jego płuca mówią mu, ze to idiotyczny pomysł.
- Dlatego zrobiłem sobie zdjęcie. - Parsknął śmiechem, a potem przeraźliwie kaszląc. Klepnął lekko Zaeda w ramie wskazując drogę na węzeł, a potem ruszył za nim. Przyglądał się martwemu statkowi wciaż nie wierząc, że to się udało. Przypomniał sobie też, że musiał sprzątnąć Oliviera do worka, a Mohammeda do transportu do domu. Widząc z szokowaną Kang postanowił jej nie psuć tego momentu. Zrobił jednak coś innego, coś co nie było w jego stylu. Przed samym odlotem udalo mu się ogarnąć kartkę papieru oraz długopis. Miał do przekazania dla Kang krótką wiadomość którą poprosił by odczytała w wolnym czasie. Brzmiała ona "P. wiedzielo o Mindoirze".
Obrazek Obrazek Obrazek ObrazekObrazek Obrazek Obrazek Obrazek GG 56291905
Krogul MacBeth
Awatar użytkownika
Posty: 170
Rejestracja: 13 lut 2022, o 03:39
Miano: Krogul MacBeth
Wiek: 35
Klasa: Żołnierz
Rasa: Krogan
Zawód: Gangster
Postać główna: Fulvinia Adratus
Lokalizacja: Omega
Kredyty: 6.405
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

6 wrz 2023, o 22:41

Jeżeli Krogul miał z początku jakiekolwiek wątpliwości co do podjęcia się tego zlecenia - w końcu równie dobrze mógłby tutaj wysłać kogoś innego, Kredensa, albo chociaż Kesife, żeby sprawdzili ile jaj faktycznie ma SST i czy warto z nimi współpracować - to ta bitwa je w pełni rozwiała. Mało który jego pobratymiec mógłby poszczycić się udziałem w bitwie tak godnej pieśni, krwawej, toczonej na przekór wszelkiemu prawdopodobieństwu, ze zwierzyną na zmianę bezmyślną, to znowuż inteligentną i zdolną do taktycznych manewrów, do tego taką, która do tej pory zawsze umykała pościgowi. Dlatego gdy przyszło co do czego, zanurzył się w pełni w rytmie bitwy, strzelając kiedy się dało i rycząc na całe gardło, aby gdy trzeba - ściągnąć na siebie uwagę jak największej liczby robactwa, dając potężnej i pięknej w swej sile Yahgance szansę na odnalezienie słabych punktów pancerza okrętu Zbieraczy. Przestał liczyć własne rany, skupiając się tylko na utrzymaniu najbardziej kluczowych organów, tych które faktycznie stanowiły cienką granicę między śmiercią a życiem, parukrotnie już będąc pewnym, że to koniec, a mimo to - kierowany natchnieniem dawnych bogów wojny Tuchanki, bądź swoim zwykłym, oślim - a raczej krogańskim - uporem, zmuszał swoje ciało do jeszcze jednego wysiłku, jeszcze jednego strzału, jeszcze jednego ryku i przytrzymania kolejnego robala przy sobie, by nie był w stanie dorwać ich oka. Ułamkiem swej uwagi dostrzegał pozostałych, równie zdeterminowanych do dokończenia zadania i uśmiechał się w duchu, że SST potrafiło znaleźć sobie najemników, którzy nie tchórzyli nawet w obliczu tak karkołomnych przeciwności.

Kiedy dotarła do niego fala uderzeniowa, a po chwili wszystko ucichło i wreszcie udało mu się wygrzebać spod stosu ciał Zbieraczy, skierował spojrzenie na Kiru, szczerząc kły w uśmiechu. Zrobiło mu się tak jakoś ciepło na sercu - dawno nie słyszał równie miłego komplementu.

- Wyglądam jak gów... khrkh... - zacharczał, czując, że coś blokuje mu gardło, po czym wypluł fragment kończyny pokrytej chitynowym pancerzem razem z jednym ze swoich kłów. - ...ugh. Wyglądam jak gówno, bo się w gównie musiałem taplać. - wskazał brodą w jedną i w drugą stronę, na zwały ciał Zbieraczy i wzruszył ramionami. - Zresztą sama nie wyglądasz wiele lepiej. -

Potem potoczył wzrokiem po reszcie, zbierającej się dookoła. O dziwo, wszyscy przeżyli... chociaż najwyraźniej ledwo. Skrzywił się z bólu, po czym wyciągnął resztę cielska spod sterty i po prostu usiadł, powoli sięgając do resztek opakowania z medi-żelem, starając się wygrzebać cokolwiek i wsmarować w najbardziej poważne miejsca.

- Rezerwuję łeb jednego z tych dużych mechanicznych. I z... pięć co większych z reszty. Może tego, co przez nich gadał, jeśli któryś taki mutant się zachował. Muszę to kurwa mieć na chacie, moim chłopakom garby schudną z zazdrości wyjdą, że taki rozpierdol ich ominął. - oznajmił, rzucając to w powietrze, do wszystkich, by nikt nie miał wątpliwości i nie mógł mu potem mówić, że był pierwszy. Miał w sumie nawet ochotę pochwalić wszystkich, ale jak raz zabrakło mu cytatu odpowiedniego, więc koniec końców dodał tylko. - A poza tym... dobrze walczyliście. Carlos, ty też. Jakbyś chciał kiedyś na wyścigach zarobić, to uderzaj na Omegę, będziesz moim kierowcą. -

Potem zamilkł... chociaż nie. Coś jednak sobie przypomniał.

- Od chwili tej aż do końca świata, w pamięci ludzkiej będziemy żyć: my, wybrańców garść, kompania braci. Kto dziś wespół ze mną krew przelał, ten mi bratem. - zacytował, wpatrując się w przestrzeń tam, gdzie powinien tkwić zawieszony na orbicie statek Zbieraczy.
ObrazekObrazek Wyświetl wiadomość pozafabularną
Mistrz Gry
Awatar użytkownika
Posty: 12267
Rejestracja: 1 cze 2012, o 21:04
Medals:

Re: Baraki mieszkalne i okolice

12 wrz 2023, o 21:06

Węzeł górował nad morzem otaczających ich ciał niczym posąg. Owadzie ciała Zbieraczy po śmierci wywoływały to samo wrażenie, co za życia - jednego, połączonego ze sobą roju. W krwi ledwie dostrzegali różnice pomiędzy nimi i jedynie ogromne machiny wystawały ponad resztę, zwracając na siebie ich uwagę. Nie było ani śladu tajemniczego generała, który okazjonalnie zdawał się przejmować pojedyncze jednostki, a w końcowej fazie bitwy przejmując je wszystkie.
Czegokolwiek od nich chcieli, kimkolwiek byli - nacierali, robiąc wszystko, by powstrzymać ich mały oddział przed unieruchomieniem ogromnego okrętu umykającemu sprawiedliwości z wszystkimi kolonistami na swoim pokładzie.
- Dla kierowcy? Wiadomo - parsknął Massani, sięgając do kolejnej z ładownic przy swoim pasie, z której wyjął mały, metalowy termos. Napój w jego środku nie miał nic z kawy ani herbaty i dla każdego przedstawiciela Galaktycznych ras był absolutnie obrzydliwy. - Za pokazanie robactwu, gdzie jego miejsce.
Wzniósł butelkę i upił z niej małego łyka, by podać ją dalej. Każde z nich miało okazję wznieść toast za to, czego udało im się dokonać - a co wydawało się absolutnie niemożliwe. Kang przyjęła butelkę jako ostatnia, wcześniej częstując wszystkich swoim medi-żelem. Gdy dotarła do Krogula, trzymającego butelkę, przez chwilę desperacko przyglądała się jego obrażeniom i gdy uznała, że nie ma pojęcia za co powinna się złapać, po prostu wymieniła swój pozostały medi-żel za naczynie. Upiła z niego sowitego łyka.
- Wciąż nie wierzę, że nam się udało - wychrypiała, krzywiąc się po tej odrobinie napoju, która została. - Ale gówno pijesz, Massani.
Mężczyzna prychnął, samemu opadając na ziemię. Usiadł na platformie przystającej do węzła, wcześniej kopniakiem odsuwając jedno z leżących tam ciał, by zrobić sobie miejsce.
Gdy adrenalina zaczęła opadać, fizyczne wyczerpanie zebrało swoje żniwa. Kang komunikowała się z SST, by zaaranżować ich powrót na Omegę. W tym czasie mogli lizać rany, siedząc na ziemi przy węźle bądź na kupkach ciał, jeśli dałoby im to komfort.
- Prom już po nas leci - poinformowała i uśmiechnęła się lekko. Aktywowała swój omni-klucz. - Wyglądamy jak ścierwa, ale będzie na pamiątkę - dodała, odwracając się z aktywowaną kamerą w swoim urządzeniu. Uniosła dwa palce w górę na znak pokoju, moszcząc ich wszystkich w kadrze po czym zrobiła jedno, szybkie zdjęcie. - Wiecie, że to pierwszy przypadek, gdy komuś udało się powstrzymać atak Zbieraczy?
Zerknęła na zrobione przez siebie zdjęcie i, czy tego chcieli, czy nie, wysłała je też na ich urządzenia.
- Jesteśmy pieprzonymi bohaterami.
Gdy oczekiwali na prom, pierwsze sylwetki zaczęły pojawiać się w uliczkach między budynkami. Ich pojawienie się sprawiło, że Zaeed odruchowo sięgnął po karabin, ale dostrzegając, że nie byli to Zbieracze, opuścił broń. Wśród nadciągających najbardziej wyróżniał się wysoki, umięśniony mężczyzna w pancerzu - w grupie nadchodzących był Muhammad.
Cywile, którym polecili schować się na samym początku, przeżyli, choć nie bez pomocy wydzielonego im ochroniarza, który wyeliminował dwie sondy Zbieraczy nim te zorientowały się w ich pozycji. Mieszkańcy z przerażeniem podchodzili do ogromu leżących na ziemi ciał, tylko po to, by móc im podziękować. Koloniści coraz śmielej wychylali się ze swoich dziupli, wszyscy lgnąc do węzła jak pszczoły do ula, by obejrzeć ostatni bastion ich obrońców. Niektórzy zalewali się łzami, inni wyjmowali butelki z alkoholem, skrzętnie się z nimi dzieląc. Do Kiru podeszła starsza turianka, pytając z przestrachem o los Asirusa. Usłyszawszy o jego heroicznej śmierci, kobieta podziękowała cicho i krótko, odchodząc, nim yahganka dostrzegła jej łzy.
Horyzont przetrwał.
W grupie świętujących dostrzegli nawet Conrada Vernera. Z jego oddziału pozostała garstka ludzi, jeden żołnierz SST i dwójka z Przymierza. Wszyscy poobijani i zmęczeni. Verner miał rozpłatany bok głowy, zalepiony w pełni medi-żelem i ubrudzony krwią, ale rana musiała być powierzchowna, bo trzymał się dość dobrze na nogach.
Kang zmarszczyła brwi, gdy Striker wręczył jej kartkę papieru do ręki. Nie powiedziała jednak ani słowa.
Jeśli pragnęli, mogli zabrać ze sobą ciała, lub części ogromnych maszyn Zbieraczy, choć pilot promu kręcił nosem na smród.
Prom zabrał ich do domu - gdziekolwiek by nie był ich dom.
Gdzieś u góry, jedna z kropek na ciemniejącym niebie była unieszkodliwionym okrętem Zbieraczy. Niegdysiejszy moloch wypełniający niebo Horyzontu stał się jedną z błyszczących nad nim gwiazd i podobnie jak inne, czekał na zdobycie.

Wyświetl uwagę Mistrza Gry

Wróć do „Kolonia ludzka”