Jeszcze przez krótki moment trwała w miejscu, jakby próbowała wyryć w pamięci jego sylwetkę – postać stojącą w cieniu, otuloną zimnym blaskiem miasta. Część niej wciąż łudziła się, że mogłaby podejść, złapać go za rękę i powiedzieć chodź. W innym świecie, nie tak pokiereszowanym jak ich własny, może naprawdę by to zrobiła. Wsiadłaby z nim do promu Przymierza, nie spoglądając już więcej za siebie. Pokazałaby Ashfordowi swoje ulubione miejsca na Cytadeli – cichą kawiarnię na szczycie wieżowca w Prezydium, zapomniany ogród botaniczny na obrzeżach stacji, chłodne alejki Dziesiątego Poziomu, gdzie po raz pierwszy poczuła, że naprawdę może oddychać. A potem… potem może nawet byliby szczęśliwi. Bez Hirano. Bez Daharisa. Bez tej całej sieci, która oplatała ją coraz ciaśniej.
Oderwała się w końcu od ściany, prostując powoli, z wysiłkiem, jakby każdy mięsień w jej ciele musiał jeszcze przed decyzją zadać pytanie czy aby na pewno. Zrobiła krok w jego stronę, ostrożnie, z wyczuwalną niepewnością. Potem drugi. Trzeci. Zatrzymała się blisko, ale nie za blisko. Jej spojrzenie – głębokie, miękkie, pełne tych wszystkich niewypowiedzianych uczuć, których nie była już w stanie nazwać – zatrzymało się na jego oczach. Przełknęła ślinę.
– Dziękuję – wyszeptała cicho, tak, jakby tylko to jedno słowo miało jej jeszcze zostać. Właśnie tyle i ani sylaby więcej. Ale to jedno wystarczyło, by w jej spojrzeniu, na moment, pojawiło się zrozumienie. I smutek. Tak głęboki, jakby wszystko, co było między nimi, właśnie rozpadało się na cząstki, które już nie da się ułożyć od nowa.
Zrobiła jeszcze dwa kroki, w stronę miejsca dla pasażera. Westchnęła cicho, jakby ciężar tego wszystkiego był zbyt duży, by dźwigać go dłużej. A potem, głosem ledwie słyszalnym, równie kruchym jak ona sama w tej chwili, odezwała się ponownie.
– Nie mogę cię o to prosić. Już wystarczająco wiele zrobiłeś wbrew sobie.
Za jej plecami Nos Astra tonęła w nocnym świetle. Wieżowce znikały pod kocem ciemności, rozświetlonym przez niekończące się pasma neonów. Gwiazdy gasły powoli w świetle reklam, ale jedna z nich – okrutnie znajoma – pulsowała wciąż gdzieś w tle. Wojenny kanał. Ta sama prezenterka, teraz mówiła o czymś innym. Jakby na chwilę zostawiono Iris w spokoju.
Zamiast skupić się na bilbordach, wróciła do niego spojrzeniem. Na jego twarz zanurzoną w cieniach i światłach, na jego dłonie zaciśnięte zbyt mocno na kolanach. Do jego milczenie, tak ciężkiego, że aż odbierało jej dech w piersiach.
@Mistrz Gry




