Terminus zawsze jawił jej się jako mozaika sprzeczności – ziemia niczyja, w której każdy mógł coś sobie wziąć, ale nikt nie mógł zatrzymać tego na długo. A jednak właśnie ta płynność, ten brak struktur, był dla wielu namiastką wolności. Może dlatego Przestrzeń Rady nigdy nie zdołała ich całkowicie ujarzmić; w istotach żyjących tu od pokoleń zakorzeniła się nieufność wobec jakiejkolwiek władzy, nawet tej, która chciała przyjść z pomocą.
Rozumiała gniew, o którym mówił Daharis. Wiedziała bardzo dobrze, jak łatwo było skierować frustrację przeciwko w r o g o m - Radzie, biurokratom, decyzjom wydawanym z daleka. Tylko że ta „sprawiedliwość”, o której wspominał, miała zbyt wiele twarzy. Jedna z nich należała do wygłodniałych rodzin, które marzyły o bezpieczeństwie. Druga – do dowódców, którzy potrafili używać tych marzeń jak broni. A trzecia, najgorsza, należała do ludzi takich jak ona – tych, którzy mogli jednym podpisem odciąć całe światy od nadziei, tłumacząc to zimną logiką strategii.
- Niechętnie to przyznaje, ale kunszt ich podporządkowania sobie innych organizacji w Terminusie jest godny uznania. Zrobili to bardzo umiejętnie i jak rozumiem bezproblemowo trzymają resztę za mordę co zapewnia im bardzo wygodną pozycje - cmoknęła cicho.
Przyglądała się kwiatom na straganie, ich delikatnym płatkom, dziwnie kontrastującym z brutalnością tematów, jakie poruszali. Jakby natura z drwiną przypominała, że świat potrafi tworzyć piękno nawet tam, gdzie człowiek pozostawia tylko popiół.
- Tu nie było przypadków, a wyłącznie chłodna kalkulacja - odparła, mijając kolejny stragan. Mindoir. Wysadzenie przekaźnika. Puszczony w eter manifest. Lawina wydarzeń, która zaczęła się raptem od jednej kostki pchniętego domina. Nabrała przekonania, jak wiele zostało przewidziane w momencie, w którym uzmysłowiła sobie, że bankiet, na którym szukali Brezneva, dedykowany był wielkiemu zwycięstwu.
I jeszcze ambitniejszym planom na przyszłość.
Nie zapytała nigdy wprost, komu bezpośrednio podlegał. Miała swoje domysły, mniej czy bardziej potwierdzone przypuszczenia, biorąc pod uwagę wydarzenia i ich konsekwencje. Także te, które dotknęły bezpośrednio Cassiana. Był to temat, który prędzej czy później zmuszona będzie z nim poruszyć, ale dzień był jeszcze młody. A oni wypili dopiero drugą kawę.
Obróciła się leniwie, spełniając jego prośbę. Czy słowa, które padły w cieniu pradawnej świątyni nabierały większej mocy? Być może. Cokolwiek nie przyniesie wieczór, a także kolejne dni, podświadomie czuła, że to mogła być jedyna, właściwa ścieżka, aby zachować kawałek dawnej siebie i jednocześnie zaakceptować nową. Nieco dziką, nie do końca ujarzmioną. Jakby nie tylko jej biotykę czekała wymuszona zmiana.
- Właśnie takie tryby dawały początek rewolucjom - mruknęła pod nosem, wiedząc - i c z u j ą c - że Cassian usłyszał jej ciche słowa. Z urwanym westchnięciem, odchyliła głowę do tyłu, jakby chciała znaleźć się bliżej mężczyzny, zatrzymać tę subtelną pieszczotę na dłużej.
- Przyznaj, że byłabym w tym naprawdę niezła - dodała z zaczepną nutą w absolutnie poważnym tonie. Oczyma wyobraźni potrafiła zobaczyć mimikę mężczyzny po samym jego prychnięciu, czy zdławionym uśmiechu. Domyślała się, że najprawdopodobniej pozwolił sobie na subtelne uniesienie kącika ust, albo całkiem śmiałe przewrócenie oczyma. - Radę? Musielibyśmy się poważnie zastanowić jak wielu powinna mieć przedstawicieli, uwzględniając wasz wybuchowy charakter i upór godny... - mnie miała na końcu języka, lecz ta oczywistość rzecz jasna nie wybrzmiała. Pozostały jedynie refleksy oraz iskry rozbawienia w jej spojrzeniu, które mógł widzieć, kiedy zadarła niego głowę, aby spojrzeć na Cassiana niemalże od razu po tym, jak miękkie obróciła się na palcach ku niemu.
Patrząc się wciąż w jego pogodne tęczówki, dotknęła opuszkami do delikatnego łańcuszka, wędrując wzdłuż niego dalej, z zafascynowaniem badając sploty, aż zahaczyła o zawieszkę. Wyczuła jej kształt, domyśliła się pierwowzoru, gdyż zdradzały go echa emocji odbijające się w tafli wzroku.
- Jest piękny. Dziękuję - szepnęła, rozciągając usta w szczerym uśmiechu. Rzadko nosiła biżuterię, jej medialny, surowy wizerunek nie zdradzał przywiązania do ozdób. Wyciągnęła się ku niemu, całując Daharisa w kącik ust i - ponieważ tak naprawdę miała zachłanną naturę - wtulając policzek w jego własny, aby ukraść jeszcze moment tylko dla siebie nim cudze chrząknięcie zmusi ich do odsunięcia się na bok i przepuszczenia w kolejce do bibelotów.
- Powinnam sobie jeszcze kupić jakiś tandetny kubek. Taki, który będzie tylko mój i który zostawię na Twoim statku, aby nie zastanawiać się na przyszłość, czy sięgam po coś, co mogłoby być używane w niewiadomych celach... - wymamrotała w jego ramię.
@Mistrz Gry




