Wstrzymała oddech. Intensywna woń bergamotki atakowała jej nozdrza. Czuła, lepiej, niż by tego sobie życzyła, jak ciało Daharisa reaguje na jej bliskość; dłonie, które zarzuciła na szyję mężczyzny, zacisnęła mimowolnie. To był moment. Raptem ułamek sekundy. Pojedyncze bicie serca. Wtuliła nos w zagłębienie jego szyi. Hirano Tower, a właściwie całe SST odebrało jej tak wiele, że czuła determinacje, aby odpłacić się Sojuszowi pięknym za nadobne i również uszczknąć dla siebie coś, co nigdy się jej nie należało.
Co było zbyt nierealne, aby mogło się okazać prawdziwe.
Ruch był dyskretny. Ulotny. Opleciony tęsknotą i uczuciem bliżej niezdefiniowanym.
Wyślizgnęła się z jego objęć równie szybko, jak w nie wpadła. Pod kryształową maską jej usta wygięły się w lustrzany uśmiech do grymasu mężczyzny. Fel zadarła wysoko głowę, nie wychodząc z windy, choć ta zatrzymała się na jak domniemywała na
ich piętrze.
-
Wiesz, że nie musisz mieć osobnego pokoju, prawda? Mogę podzielić się z Tobą kanapą - puściła mężczyźnie perskie oczko, po czym zniknęła za drzwiami, zmuszając Cassiana, aby dogonił ją na korytarzu.
Weszła do środka apartamentu w prawdziwym tego słowa znaczeniu; rozejrzała się po przestronnym wnętrzu, które rozgałęziało się na kilka osobnych pomieszczeń. To miejsce tak naprawdę nie różniło się od innych, w których bywała, goszcząc w koloniach, czy na planetach Ras Rady. Oczyma wyobraźni widziała cały sztab otaczających ją ludzi, słyszała Clarisse, która recytowała na zmianę z Anyą plan dnia. Zacisnęła palce w pięść, puszczając dopiero, kiedy poczuła, jak wbija paznokcie w skórę. Zamrugała, wspomnienia rozmyły się, a ona znów była na Ilium.
Westchnęła cicho, podchodząc do okna, skąd rozpościerał się widok zapierający dech w piersi. Trzy godziny z jednej strony wydawały się być sporym zapasem czasu, ale Fel wiedziała z doświadczenia, że to bardzo niewiele na przygotowania na dzisiejszy wieczór. Od razu zajęła się organizacją stroju, mając bardzo sprecyzowane życzenia co do kreacji oraz maski. Wiedziała do kogo zgłosić się w sytuacji kryzysowych, z tym wyjątkiem, że zamówienie nie było podyktowane
dla Radnej. Poprosiła Lexi o pośredniczenie, posiłkując się sugestiami kobiety.
Odmówiła na propozycje wspólnego wyjścia; powinna trzymać dystans. Ich znajomość miała termin ważności, dla bezpieczeństwa inżynier i innych członków załogi Cassiana lepiej, aby ten był krótki. Wzięła szybko prysznic, ponieważ nie spodziewała się wielu osób na tym pietrze, drzwi pozwoliła sobie otworzyć w szlafroku. Uniosła brew, posyłając Barnesowi zaskoczone spojrzenie. Jeżeli nie bał się oglądać damskich fatałaszków, pozwoliła mu zajrzeć do środka. Z błąkającym się na ustach uśmiechem, zabrała przesyłkę z rąk mężczyzny, nie tłumacząc, dlaczego ta suknia ma tak skandalicznie niewiele materiału.
Jasno określone cele i zadania pozwoliły jej skupić się na tym, co tu i teraz. Nie uciekała myślami poza Nos Astrę, nie błądziła nimi na orbicie Ilium, czy dalej. Kusiło ją, aby zerknąć w wiadomości galaktyczne i przekonać się, czym obecnie żyła Cytadela, ale nie mogła sobie pozwolić na rozkojarzenie.
Później.
Jutro.
Nie teraz.

Pukanie do drzwi wyrwało ją z ferworu przygotowań. Cicho syknęła, wychodząc do salonu, a materiał szeleścił miękko z każdym jej ruchem.
-
Nie. Musisz wejść i mi pomóc zapiąć sukienkę. Zazwyczaj mam co najmniej trzy asystentki, aby nie martwić się o zamek, czy zaplątane we włosy kolczyki... - podniosła spojrzenie na Cassiana. Zapewne dostrzegł, jak uważnie przesunęła po jego sylwetce oczyma, napotykając każdy, najmniejszy szczegół, który układał się na wygląd eleganckiego dygnitarza, a nie śmiertelnie niebezpiecznego zabójce.
Wyglądał prawie tak dobrze, jak ona.
Soczyście zielona suknia ciągnęła się za nią po ziemi. Satynowy materiał mienił się w świetle, tworząc iluzje dla oka. Prawdziwy mirage. Nagie plecy opasały skrzyżowane przedłużenie bardzo cienkich ramiączek. Wyprostowała swoje loki, długie, płowe fale opadały ne jej plecy oraz jedno ramię, odsłaniając drogie kolczyki, w które wpięty był mechanizm Clarissy podrasowny przez Lexi. Całość dopełniały długie, sięgające łokcia rękawiczki, mocny, wyrazisty makijaż oraz czekająca na stoliku kawowym zabudowana maska. Zasłaniała ona oczy, nos, a także policzki, pozostawiając widoczne wyłącznie podkreślone czerwienią usta. Składała się z dziesiątek cekinów, które przypominały pawie pióra.
Obróciła się do niego plecami, prostując przygarbione ramiona. Zgarnęła włosy, odsłaniając do połowy zaciągnięty, schowany w miękkim materiale zamek.
@Mistrz Gry