Stolica, skolonizowanego przez asari, Illium. Nowoprzybyłym jawi się jako piękne, niekiedy doskonałe miasto, co często potrafi zmylić - tutejsi mówią, że Nos Astra potrafi być równie zdradliwe i niebezpieczne, co Omega. Często porównywane jest do Noverii przez swoje zaangażowanie w politykę handlu.
Zasłoniła usta dłonią, tłumiąc perlisty chichot, który cisnął się na jej usta w odpowiedzi na jakże subtelny komentarz mężczyzny.
- Nie. To interesanci są za wcześnie - stwierdziła, poświęcając chwilę, aby ułożyć lejący się materiał. Sprawiała wrażenie niezwykle zaabsorbowanej w wygładzaniu delikatnej, błyszczącej satyny, ale był to tylko pretekst. Kilka pojedynczych sekund skradzionych bezlitosnemu wszechświatu na zaspokojenie własnych, egoistycznych potrzeb, takich jak dokładne przeskanowanie sylwetki mężczyzny w skrojonym na wymiar garniturze, aby bardzo dobrze zapamiętać ten obraz. W najmniejszym detalu.
Rychle, wróci do niej we śnie, wygrzewając się tym razem w promieniach słońca na brzegu jeziora w asymetrycznej marynarce oraz śnieżnobiałej koszuli.
Przekrzywiła głowę, odnotowując w pamięci szczegóły, którymi dzielił się z nią Cassian.
- Lepiej pozdrowić gospodynie z daleka - wtrąciła. Istniało duże prawdopodobieństwo, że miała przyjemność osobistego kontaktu z niejaką Nassaną. Jeżeli asari miała faktycznie polityczne ambicje, prowadząc życie lwicy salonowej, stanowiła zagrożenie mogące utrudnić odegranie odpowiednich ról. W innych okolicznościach potraktowałaby to jako wyzwanie, ponieważ jednak stawką był Cassian, absolutnie nie planowała niczego komplikować.
- Kim będziemy dzisiejszego wieczoru? Zadbali o wiarygodna historyjkę, jakieś kontakty, których nazwiskami możesz szastać, czy tylko załatwiono ci zaproszenie? - to nie była jej pierwsza rola. Co najwyżej, wpływy SST podbijały stawkę. Przyglądając się otwarcie mężczyźnie, szukała w jego spojrzeniu potwierdzenia, czy już wcześniej rozgrywał swoje walki na przyjęciach, czy wręcz przeciwnie - po raz pierwszy kazali mu dopaść przeciwników na nieznanym terenie.
Widok za oknem przyciągał jej spojrzenie, walcząc o uwagę z Daharisem. Nagle zapragnela zostac z nim tu, gdzie obecnie siedzi, wspólnie podziwiać pejzaż dnia ustępującego nocy na bezchmurnym niebie miejscami poprzecinanym przez drapacze chmur, czy inne neony. Nie musieli rozmawiać. Wystarczyłoby jej, aby razem, beztrosko, posiedzieli obok siebie.
Naprawde chciała wierzyć, że w którymś świecie byłoby im to dane.
- Czego dokładnie chce żmija? Danych, omni-klucza, zastraszenia? - skrzywiła się. Nie bez powodu, imię kobiety zostało pominięte. - Opowiedz mi o tym całym Breznievie - wyciągnęła do Cassiana rękę, pozwalając, aby ujął ją w swoją i pomógł się jej podnieść z posadzki, jak tylko sam wstał po upływie dwóch minut.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
- Na przyjęciach Sojuszu nie brakuje osób, którym zależy na anonimowości. Brak przykrywek nie będzie problemem. Nie zostaniemy też sprawdzeni na wejściu - wystarczy zaproszenie - odrzucił od razu, lekko uspokajającym tonem. - Jeśli ktoś cię spyta, możesz udawać kogokolwiek. Podejrzewam, że nie będzie to dla ciebie problemem.
Coś w jego spojrzeniu błysnęło gdy wypowiadał te słowa. Zebrał się z podłogi z lekkością i gracją, jakby jego tułów nie był pokryty głębokimi ranami pozostawionymi przez omni-pazury. Być może właśnie dlatego zrobił to tak pośpiesznie, nie chcąc rozwlekać mało przyjemnej chwili.
Ujął jej dłoń, zamykając w delikatnym, choć stanowczym uścisku. Z łatwością pomógł jej wstać z miejsca i wydawałoby się, że z lekkim ociąganiem wypuścił jej rękę z własnej.
- Brezniev to oportunista. Od samego początku dążył do wojny bo wie, że jest w stanie dużo na niej zarobić - westchnął, odwracając się gdy była gotowa do wyjścia z pomieszczenia. - Ma osobiste porachunki z Przymierzem. Jest byłym wojskowym. Wygłasza swoje opinie bardzo głośno, ale skupia się na przeciwniku bardziej, niż na dbaniu o naszych ludzi.
Zawahał się, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
- Podobno Mindoir był jego pomysłem - dodał ciszej, zatrzymując się w przejściu. - Ale nie wiem, na ile to prawda.
Jego ramiona drgnęły. Drzwi uchyliły się przed nimi i z korytarza dobiegł ich śmiech Lexi, konwersującej żywo na jakiś temat z jakimś mężczyzną. Cassian zerknął w stronę wyjścia ale nadal stał w przejściu, nie chcąc wyjść na zewnątrz.
- Aaliyah chce jego omni-klucza, ale żeby został przy życiu - dodał, powracając spojrzeniem do Fel. Przekrzywił nieco głowę, a jego wzrok znów prześlizgnął się po jej sylwetce. - Ten omni-klucz nie jest wart twojego ryzyka. Jeśli nie uda się go zabrać, znajdziemy inny sposób na ten implant - dodał dosadnie, wyraźnie oczekując od niej jakiegoś potwierdzenia. - Pamiętaj o tym, co mi obiecałaś.
Odwzajemniła jego spojrzenie, a zarówno ułożenie ust Fel, jak I psotne chochliki iskrzace się w ciemnych tęczówkach kobiety stanowiły dosadna odpowiedź samą w sobie; to był jej żywioł. Jej codzienność. Brudna, bezlitosny polityka. Fakt, że dotychczas rozdawała karty na innej planszy nie wydawał się ją martwić. To tylko ludzie, którym zależy na tym samym. Na władzy, pieniądzach, wpływach oraz dominacji.
Nie dała się jednak zwieść obłudnej nadziei, że choć raz mogłaby mieć przewagę. Wieczór zapowiadał się układać podejrzanie po jej ich myślach. Gdzieś musiał tkwić haczyk. Korlus dał się jej poznać jako paskudny mirage. Sojusz był najprawdopodobniej takich sam, a osoby, które chciały nimi szachować, zapewne jeszcze gorsze.
Była ciekawa jak Cassianowi udało się przetrwać i zyskać w tym układzie. Widziała go na nagraniach z Mindoiru, ale widziała też i to znacznie częściej te drugą stronę; na Aeris, cmentarzysku, czy teraz w otoczeniu zaufanych mu członków załogi jego statku.
Wszechświat lubił z niej drwić.
Ale Fel była cierpliwa.
Musnęła wnętrze jego dłoni, wyczuwając moment, kiedy uścisku jego palców zelżał w wieloznacznyn geście. Nałożyła maskę, wydawała się idealnie przylegać go jej kości policzkowych i jarzmowych, zasłaniając wszystko, poza ustami.
- Domyślam się, że to ten typ, który wmawia ludziom, że jego ideały są tak naprawdę Twoimi ideałami. Jest paranoikiem? Ma dobrą ochronę, czy wręcz przeciwnie? Nosi się z pychą? - dopytywała, stawiając wolne, leniwe kroki ku wyjściu. Zatrzymała się w połowie kolejnego, znał ją wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że ozdoba na twarzy maskuje teraz wyraz zaskoczenia.
- To... Wiele by wyjaśniało. Idealny cel, aby zamanifestować osobistą krzywdę. Brakuje jeszcze tylko, aby miał personalną zwadę z moim ojcem, albo był odpowiedzialny za zniknięciem Michaela... - mruknęła pod nosem, nie dbając o fakt, że Cassian mógł to usłyszeć. Zaskoczenie przyszło po chwili; z jaką łatwością podzieliła się z Daharisem czymś tak osobistym. Jakby to była naturalna kolej rzeczy. Zacisnęła usta, stając za jego plecami w progu uchylonych drzwi.
Emocje zatrzymały się za maską, tym razem nie pozwoliła, aby ich echa odbiły się w jej spojrzeniu, którym odbarzyła mężczyznę.
- Masz to zrobić dyskretnie, tak, aby nie wiedzial kto go okradł, czy możesz mu jawnie przyłożyć prosto w szczękę? - kąciki jej ust drgnęły, płynnie przechodząc w grymas w toku jego dalszych słów. Iris przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, uderzenie obcasa o posadzkę miało wydźwięk protestu.
- Nie. Omni-klucz nie jest wart mojego ryzyka - przyznała o dziwo zaskakująco ugodowo. Jak nie ona. - Ale Ty jesteś - dodała niemalże od razu. Nie patrzyła na niego, ominęła Daharisa, przenosząc swoje spojrzenie na sylwetkę Lexi na korytarzu. Nie spojrzała na niego w obawie, co zobaczy w odpowiedzi na nagły przypływ szczerości, który dostał od niej całkowicie za darmo. Bez konieczności rewanżu.
Ciche westchnęła.
- Pamiętam, co ci obiecałam - słowa, na ktore czekał, w końcu przecisnęły się przez jej gardło. Jeżeli jej nie zatrzymywał, ruszyła pewnym siebie krokiem.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Maska Fel idealnie przylegała do jej twarzy, zasłaniając wszystko czego nie chciała pokazywać światu. Gdyby zerknęła w lustro po raz ostatni, wychodząc, zauważyłaby, że nawet pomimo niej, nie przypominała radnej Fel z wiadomości galaktycznych. Jej długie włosy opadały falami na odkryte, nagie plecy wyciętej i obcisłej sukni - zastępowały zgrabne upięcia, które zwykle trzymały jej pukle w miejscu podczas długich obrad, a suknia w niczym nie przypominała oficjalnych szat, które zwykle nosiła na sobie. Ktoś, kto znałby kobietę osobiście mógłby rozpoznać ją pomimo maski na jej twarzy, ale dla wszystkich, którzy znali ją wyłącznie z extranetu, równie dobrze mogła być inną osobą.
I być może dlatego Daharis zgodził się na to, by tej nocy mu towarzyszyła.
- Jest jednym z tych, którzy uważają, że posiadanie ochrony maluje cię słabym. Będzie sam, być może z jakimiś... znajomymi - zaprzeczył, gdy powoli szli w stronę wyjścia. - Wabi ludzi przemocą, nie pięknymi słowami. Trafia do bardziej prymitywnych odruchów członków Sojuszu.
Brew mężczyzny powędrowała w górę gdy Fel nagle poruszyła osobisty temat. Szanując fakt, że kobieta mruknęła dane słowo a oni szykowali się do wyjścia, nie zapytał, ale coś w jego spojrzeniu podpowiedziało Iris, że zanotował jej słowa i być może kiedyś do nich wróci.
- Jeśli przywalę mu w szczękę przy wszystkich, na pewno rzuci się na nas jakaś część członków przyjęcia. Ma wielu zwolenników, nie mówiąc o tych, którzy wezmą udział w bójce dla samego dania sobie po mordach.
Dostrzegła, jak jego sylwetka napięła się pod wpływem cichego wyzwania. Wyczuła jego spojrzenie na swoich plecach gdy wyszła na zewnątrz, a on, z ociąganiem, ruszył za nią. Widziała w nim potrzebę odpowiedzi czegoś, co latało mu po głowie, ale zamiast tego przytaknął cicho.
- Dobrze - odrzucił, usatysfakcjonowany słowami, które przecisnęły się jej przez gardło. - Chodźmy.
Poprowadził ją na zewnątrz - głosy, które słyszeli wcześniej, już dawno ucichły gdy reszta członków jego zespołu ruszyła na lądowisko. Niebo miało ciemnofioletową barwę gdy winda wypuściła ich poziom wyżej - nad horyzontem błyszczała łuna zachodzącego słońca. Przed promem członkowie ich oddziału gawędzili między sobą, a ich śmiech niósł się niebem. Z daleka, wyglądali niemal niewinnie. Mężczyźni, oraz Yasmin, mieli na sobie garnitury - choć ta zdecydowała się na elegancką, kobiecą wersję w granatowej barwie. Lexi miała na sobie skandaliczną, krótką sukienkę w różowym kolorze i Fel mogłaby przysiąc, że Barnes co jakiś czas zerkał w stronę jej nóg.
Gdy podeszli, reszta ucichła nieco, choć nie całkiem. Brakowało im sztywności i milczenia towarzyszącego żołnierzom Przymierza przy tego typu operacjach. Wchodząc do środka, dobyli swoje maski.
Daharis zajął miejsce naprzeciw, obrzucając ją spojrzeniem gdy zakładał swoją. Jej krawędzie były wyostrzone, powyginane - przypominały swoim kształtem łeb jakiegoś zwierzęcia.
Jak wilka.
Wysiadła z promu bez słowa i z duszą na ramieniu. Jej buty uderzyły cicho o metalowe płyty lądowiska, które zdawały się chłodniejsze niż powinny o tej porze. Zimno rozlało się po jej skórze, przeszywające, ale nie do końca nieprzyjemne – jakby miało ją obudzić, wyrwać z otępienia, w które zapadała coraz głębiej. Zatrzymała się kilka kroków od krawędzi platformy, nie odwracając się jeszcze, choć świadomość jego obecności wciąż pulsowała z tyłu jej głowy, żywa i nieznośna.
Jakaś jej część - nadal, uparcie - naprawdę chciała zawrócić. Złapać go za rękę. Powiedzieć, że zmieniła zdanie, że nie potrafi dłużej rozdzielać tego, co czuje, od tego, co uważa za słuszne. Że wybiera jego i niech zabierze ją stąd, na Cytadelę, do domu, niech zrobią cokolwiek, byle razem. Ale nie zrobiła tego.
Stała nieruchomo, ramiona napięte, wzrok wbity w rozświetloną sylwetkę promu. Patrzyła, jak maszyna odrywała się od lądowiska z cichym szarpnięciem, a potem unosiła się ku niebu. Gdzieś w kabinie siedział on – James – i nawet jeśli jeszcze przez kilka sekund patrzył na nią przez szybę, to nie mogła już tego zobaczyć. Kiedy zniknął, stała tam jeszcze moment. Dłużej niż powinna. Tylko jedna łza przemknęła po jej policzku. Nie pozwoliła sobie na więcej. Otarła ją niecierpliwym gestem, jakby chciała wymazać cały ten moment.
Przełknąć całą taę gorycz.
Kiedy ruszyła w stronę apartamentowca, jej kroki były ciężkie, niespokojne. Czuła, jak wzbiera w niej lęk. Ostatni raz widziała Daharisa na gali, w samym środku chaosu, w momencie, gdy wszystko zaczęło się walić. Coś w niej kurczyło się teraz z każdym kolejnym piętrem, które pokonywała.
Weszła do środka cicho, niemal bezgłośnie. Minęła własną sypialnię, nie zwalniając ani na moment – coś ciągnęło ją dalej, naprzód, w stronę pokoju Caassiana. Zatrzymała się przed drzwiami i zapukała. Raz. Drugi. Trzeci. Cicho, ale stanowczo. Żadnej odpowiedzi.
Zmarszczyła brwi, odsunęła się pół kroku, rozglądając się po pustym, cichym korytarzu. Apartament wydawał się martwy, jakby nikt tu nie mieszkał. Jakby Daharis rozpłynął się razem z nocą. Jej dłoń drgnęła, uniosła się do omni-klucza. Wystukała wiadomość, próbując nawiązać połączenie – raz, potem drugi, coraz bardziej nerwowo, podczas gdy resztą ciała zaczęła krążyć po korytarzu w niespokojnym rytmie, jak drapieżnik zamknięty w zbyt małej klatce. Cassian. Lexi. Yasmin. Barnes. Ktokolwiek. W duchu prosiła, aby ktoś odpowiedział na jej połączenie, drżącymi coraz bardziej rękoma sięgając po przycisk w słuchawce, aby sprawdzić, czy chociaż ona zareaguje.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Wydawałoby się, że wiele godzin temu stała ostatnim razem w tym korytarzu. Pomimo zadania, które na nich czekało, atmosfera była dość wesoła. Wszyscy ubrani byli w odświętne kreacje, Barnes nerwowo poprawiał swój garnitur a Lexi obnosiła się ze swoją nieprzyzwoicie krótką sukienką. To samo miejsce teraz wydawało się zupełnie inne, obce. Główne światła były przygaszone, pozostawiając ozdobne listwy za posadzonymi kwiatami jako główne źródło światła. W ich pomarańczowym blasku, jej zielona sukienka mieniła się niczym ogień.
Zadanie było wykonane, choć nikt o tym jeszcze nie wiedział. Stała sama, stukając w drzwi bez żadnego skutku, z małym omni-kluczem Brezneva schowanym w głębi swojej pięści, podczas gdy James był w drodze do własnego hotelu, a być może prosto do doków w zależności od tego, na ile jej słowa zakorzeniły się w jego sercu.
Gdy sięgnęła do urządzenia by wystukać wiadomość, odpowiedź nie nadeszła - jednak niemal natychmiast, po zaledwie kilku chwilach, usłyszała syk otwieranych drzwi. Gdy odwróciła się w stronę, z której dobiegł ją dźwięk w tej martwej ciszy, dostrzegła, że uchylające się przejście wyglądało znajomo.
Cassian stanął w wejściu do apartamentu, który opuściła kilka godzin wcześniej. Mężczyzna obrócił się w jej stronę - jej twarzy nie przykrywała już maska, lecz półmrok korytarza skutecznie chował jej wyraz. Nie miał na sobie marynarki, która zaginęła gdzieś w trakcie rozbierania z galowego ubioru wraz z maską. Rękawy jego białej koszuli były podwinięte do łokci, a pierwsze trzy guziki koszuli rozpięte. Wystarczył jeden rzut oka by stwierdzić, że musiał od dłuższego czasu przebywać w apartamentach i opuścił galę dawno temu.
Przyglądał jej się przez dwa uderzenia serca, stojąc w miejscu, nim wreszcie jego głos przeciął głuchą ciszę korytarza.
- Myślałem, że już nie wrócisz - przyznał, choć jego słowa stały w sprzeczności z miejscem, w którym się znajdował. Nie bez powodu zamiast we własnym apartamencie przebywał w jej. Choć jej omni-klucz pozostał cichy, tak samo jak podarowana jej słuchawka, potrafiła łatwo wydedukować, że mężczyzna na nią czekał.
Usunął się lekko w przejściu, chcąc wpuścić ją do środka - w geście, który, choć powściągliwy i ostrożny, był jednocześnie zapraszający.
Cisza apartamentu zdawała się zagęszczać z każdą mijającą sekundą, dusząc ją coraz bardziej. Niemal czuła, jak powietrze stało się dławiące, a wszechświat wstrzymał oddech razem z nią. W jej głowie tłukły się najczarniejsze scenariusze - za późno, zawiodłaś, zostawiłaś ich. Serce waliło jej w piersi jak ostrzegawczy alarm, a dłoń zaciskała się na omni-kluczu tak mocno, że aż pobielały jej palce. Ekran wciąż milczał. Błagam, odezwij się… modliła się w duchu, wpatrzona w urządzenie, jakby mogła zmusić je do życia siłą woli.
I wtedy go zobaczyła.
Zamarła. Czas zatrzymał się razem z nią. Nie ruszył naprzód, nie cofnął się – po prostu zniknął, jakby ich świat istniał tylko tu i teraz, w tej jednej, kruchej chwili. Stali w dwóch końcach korytarza, jak dwa bieguny przyciągane przez niewidzialną siłę. Jej ulga była tak nagła, tak brutalna, że aż coś w niej pękło. Musiała przytrzymać się ściany, bo nogi na ułamek sekundy odmówiły jej posłuszeństwa.
Cały. Był cały.
A mimo to rozsądek nie pozwalał jej w pełni uwierzyć, dopóki nie upewni się na własne oczy. Wzrokiem przebiegła po jego sylwetce - gorączkowo, uważnie, jakby próbowała policzyć wszystkie cienie na jego twarzy i odnaleźć w nich odpowiedź na pytanie, które krzyczały w jej głowie. Nie znalazła ran, kolejnych szwów. Wyłącznie echo czegoś, co wydarzyło się po jej wyjściu.
– Najwyraźniej zawiodłam dzisiaj także ciebie – wydusiła w końcu z siebie cicho, głosem zdławionym przez zbyt wiele emocji.
Ruszyła w jego stronę powoli, jakby miała zamiar wejść do pomieszczenia, które nie było tylko przestrzenią, ale granicą – między tym, co było, a tym, co zostało z niej teraz. Dopiero wtedy dostrzegła prawdę oraz zorientowała się, że nie stoją przed jego drzwiami. To był apartament, który jej przydzielił.
To ona miała tu wrócić.
A on już tu był.
Był przez cały ten czas. Przez co najmniej ostatnią godzinę.
To zmiotło resztki obronnej rezerwy.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, pozwoliła sobie na chwilę – tylko jedną – by się zatrzymać. Wzięła głęboki oddech, potem drugi. Przymknęła oczy, łudząc się, że zapanuje nad potokiem myśli, a także rwącą rzeką emocji. W całym ciele czuła zmęczenie gorsze niż po walce – nie fizyczne, ale to, które zostaje, gdy trzeba udźwignąć rozczarowanie, żal, decyzje, które ranią, nawet jeśli były słuszne.
Odwróciła się ku niemu powoli. Materiał sukni szeleścił przy każdym jej ruchu, zdradzając jej zamiary przed ich wykonaniem.
Bez słowa – jakby każde mógł tylko coś zepsuć – wyciągnęła przed siebie rękę, otwierając zaciśnięte w pięść palce, aby móc mu podać omni-klucz Breznieva.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Stojąc po dwóch stronach korytarza znów przekształcili się w odbicie, z jego środkiem wyznaczającym granicę. Podczas gdy ona stała przed drzwiami prowadzącymi do jego apartamentu, on stanął w drzwiach tego, w którym kilka godzin temu przygotowywała się do przyjęcia. Jeśli mężczyzna był świadomy był tego odbicia, nie dał tego po sobie poznać. W miarę, gdy podchodziła bliżej, dostrzegła, że choć wilcza maska zniknęła z jego twarzy, jej wyraz pozostał nieodgadniony, zamyślony. Dostrzegła w nim znajomą rezerwę, ale też coś jeszcze, czego w półmroku nie potrafiła odcyfrować.
Przepuścił ją w drzwiach do środka. Powietrze w przejściu miało znajomy zapach, który przez ostatnią godzinę zdążył zagłębić się w zakamarki jej apartamentu, niezdolny do wyzbycia się przez sprawnie działającą klimatyzację. Światła w pokoju były przygaszone - jedynie ozdobna listwa wyznaczająca podniesioną platformę łóżka - zarówno dekoracyjna jak i praktycznie ostrzegająca przed stopniem do pokonania - wyróżniała się z półmroku. Reszta światła padała z zewnątrz.
Tarasowe drzwi wychodzące na balkon były otwarte na oścież. Przez przeszkloną ścianę do środka wpadał blask nocnego miasta, jego różowych reklam i migotów przemykających nocnym niebem promów przypominających świetliki na gwiezdnym atłasie. Bergamotka mieszała się z zapachem ciepłego, letniego powietrza, krzewów rosnących przy barierce balkonu i jasnych kwiatów, które dopiero teraz, po zmroku, otworzyły swoje pąki.
W pokoju wciąż leżały porozrzucane rzeczy należące do blondynki - ofiary pośpiesznego przygotowywania się, których nie zdążyła schować. Pod łóżkiem widziała wciśnięte kopniakiem pudełko po butach, które miała teraz na sobie. Na barku stojącym po drugiej stronie widziała opakowanie po paletce makijażu, którą zamówiła wraz z suknią. Obok niej widniał tylko jeden ślad obcej bytności - kryształowa szklanka z przejrzystym alkoholem w kolorze miodu, który mężczyzna nalał sobie pod jej nieobecność.
Gdy drzwi się za nimi zamknęły, odsunął się o pół kroku, plecami opierając o ścianę zwężenia pokoju, które prowadziło do wyjścia. Nawet tutaj, w miejscu, do którego docierało najmniej padającego przez okno światła, dostrzegła na sobie jego wzrok. Spojrzenie przemknęło po jej twarzy, szyi, w dół sylwetki aż do samej podłogi - częściowo w tym samym geście, który wykonała ona. Skanując, sprawdzając, upewniając się, że na jej ciele nie przybyło żadnej rany, żadnej blizny, której nie byłoby tam wcześniej. W przeciwieństwie do niego, Fel nadal wyglądała nienagannie.
Jego wzrok powoli, leniwie przesunął się na wyciągniętą przez nią dłoń. Spojrzał na omni-klucz skryty w jej dłoni - ten sam, który trzymała wychodząc z gali, wsiadając do promu i rozmawiając z mężczyzną, z którym opuściła wieże Dantius. Nie sięgnął po niego jednak, a zamiast tego jego niebieskoszare tęczówki przesunęły się w górę, do jej twarzy.
- Wszystko w porządku? - spytał cicho, tonem osoby, która wiedziała, że tak nie było - ale jednak zadała to pytanie.
Oczy Cassiana prześlizgnęły się po jej twarzy, a pytanie, które wypowiedział - cicho, ostrożnie, z niewypowiedzianą obawą - zawisło między nimi jak drgająca struna. Przeciął nią ciszę, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Przynajmniej nie od razu. Fel tkwiła w miejscu. Nieruchomo, do momentu, w którym nie zacisnęła powiek. Przez krótką chwilę nie poruszyła się ani o milimetr, jakby zamarła, pozwalając całemu ciężarowi dnia spaść na jej ramiona. Następnie pokręciła głową, ruchem niemal niezauważalnym - przecząco. Powoli, z pewnym zawahaniem. Nie chciała kłamać.
Zawieszenie trwało może ułamek sekundy. Potem zrobiła krok. Niepewny. Po nim drugi i trzeci - już większe, szybsze, jakby próbowała w kilka susów pokonać dystans nie tyle fizyczny, co emocjonalny, który zdołał narosnąć między nimi w ciągu jednej godziny. Jeszcze chwilę wcześniej ledwo trzymała się na nogach, oszołomiona, zagubiona, pogrążona w wirze myśli i strachu, a teraz pędziła do niego jak do ostatniej kotwicy, która mogła zatrzymać ją przed całkowitym rozbiciem.
Nie patrzyła mu w oczy. Jej wzrok zatrzymał się gdzieś na wysokości jego torsu, ramion, kołnierzu białej koszuli. Jakby próbowała znaleźć w tych znajomych kształtach siłę niezbędną do tego, by w ogóle się odezwać. Kiedy to wreszcie zrobiła, głos miała niski, lekko przytłumiony, jakby każde słowo musiało przebijać się przez nagromadzony w niej mur.
- Pozyskanie tego omni-klucza okazało się... łatwiejsze, niż to, co wydarzyło się później.
Wyznanie wypłynęło z niej niespodziewanie szczerze, z goryczą, której również nie chciała przed nim ukrywać. Stała teraz na wyciągnięcie ręki od Cassiana, zbyt blisko, by dalej udawać, że jest w stanie to wszystko znieść sama, a jednocześnie wciąż nie dość blisko, aby pękł ostatni bastion powstrzymującym ją przed...
- Nie byłam gotowa na to, że usłyszę Anais. Ani na to, że spotkam... żeJamesbędziemnieszukał - wyznała na jednym, bolesnym wdechu.
Spojrzała wreszcie na niego. Ułamek sekundy. Krótkie zderzenie wzroku, jak próba wyłowienia z jego twarzy potwierdzenia, że nadal tu jest. Że rozumie.
Że może...
Nie była do końca pewna, czy ma zostać, czy uciec, jakby każda myśl próbowała pociągnąć ją w inną stronę. Ale wtedy, bardzo niepewnie, bezwiednie wręcz, wykonała ostatni krok. Ten, który był już nie tylko materialny,. Zadarła nieco głowę i ostrożnie oparła czoło o jego klatkę piersiową. Nie śmiała ponownie unieść wzroku. Nie odważyła się niczego więcej powiedzieć. Po prostu trwała, pozwalając, by ciepło jego obecności przebiło się przez chłód nocy, który wciąż miała pod skórą choć wpadający z zewnątrz powiew był letni i ciepły. Głęboko wciągnęła powietrze przez nos, a znajomy zapach bergamotek – ledwo uchwytny, choć obecny tu od początku – uderzył w nią z całą mocą wspomnień. Tych chwil, które wydawały się tak odległe, choć wcale nie upłynęło aż tak wiele czasu. Ten zapach miał w sobie spokój, jakiego teraz rozpaczliwie potrzebowała. I przez moment – tylko jeden, naprawdę – pozwoliła sobie odetchnąć pełną piersią, jakby samym powietrzem przesiąkniętym tą wonią mogła ugasić burzę, która szalała w niej od godzin.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Napięcie, które pozostawiła między nimi kłótnia na pokładzie Mirage uleciało z jej apartamentu, a jednak coś innego zawisło w powietrzu gdy stanęli naprzeciw siebie po drugiej stronie drzwi. Jej omni-klucz nadal milczał jak zaklęty gdy pierwsza osoba, do której postanowiła zadzwonić, natychmiast odebrała jej wiadomość. Nikt nie dobijał się na jej urządzenie, Ashford nie wysyłał kolejnych wiadomości, a cała reszta osób, z którą była na gali, wydawała się pogrążona we śnie - gdzieś, po drugiej stronie ściany, przy której stała bądź tej, o którą opierał się Daharis.
Światło Nos Astry tworzyło z jego sylwetki teatr świateł i cieni. Rozświetlało fioletowym blaskiem jeden z jego profili - ten, którego bok zdobiła zabliźniająca się rana na brwi, by drugi naznaczyć cieniem, w którym dostrzegała wyłącznie jasność jego spojrzenia. Biała koszula odcinała się od jego opalonej skóry w nagłym kontraście, chowając znajdujące się pod spodem bandaże. Ciemne włosy pozostały ułożone - jak wtedy, gdy wychodzili oboje, choć dostrzegła miejsca, w których zmierzwiła je wilcza maska. Przyglądając się pomieszczeniu z większą uwagą, dostrzegłaby ją leżącą na komodzie nieopodal wejścia, jak gdyby jej pokój był pierwszym miejscem, które odwiedził po opuszczeniu gali.
Zesztywniałby pod wpływem jej słów - gdyby już teraz jego ciało nie było napięte, choć przecież miał prawo przebywać w tym miejscu, a blondynka wróciła cała i zdrowa. Wydawał się nagle świadomy miejsca, w którym stał, bliskości, która znów owładnęła ich ciałami gdy ruszyła w jego kierunku a on, odruchowo, odsunął się od ściany, wychodząc jej naprzeciw. Znała wszystkie mechanizmy, które zwykle działały w samoobronie - tworząc między nimi fizyczny dystans zawsze wtedy, gdy jego racjonalny umysł dostrzegał w tej bliskości zagrożenie. I tym razem jeden z tych mechanizmów usiłował wziąć jego ciało we władanie, ale gdy podeszła bliżej, a jej policzek oparł się o miękką klatkę piersiową, męskie ramiona mimowolnie sięgnęły do jej sylwetki.
- Nie wiedziałem - odpowiedział cicho, gdy jego dłonie odruchowo spoczęły na jej talii, przysuwając ją bliżej, zamykając w objęciach. Cienki materiał koszuli nie izolował ciepła skóry, którą wyczuwała pod spodem. Gdy znajoma woń bergamotki zatańczyła w powietrzu, zdawał się utożsamiać lato, które sączyło się przez otwarte okna do wnętrza pomieszczenia. - Gdybym wiedział, jakiego rodzaju Nassana urządza przyjęcie...
Urwał - a gdy westchnął, jego podbródek spoczął na szczycie jej głowy, wciąż opartej o klatkę piersiową. Nie musiał kończyć by wiedziała, że nigdy nie zabrałby jej ze sobą na bal gdyby wiedział, co będzie na nim celebrowane. Jakiego pokroju ludzie wyjdą na scenę, celebrując jako zwycięstwo to, co dla niej było wyłącznie tragedią.
Jego palce musnęły krawędź materiału sukienki tam, gdzie zielony, lejący się materiał odkrywał jej nagie plecy. Musnęły długie, skręcone fale, które w tym świetle wydawały się z płynnego złota. Wyczuła gdy uniósł głowę, odrywając się od niej lekko - ale pomimo tego ruchu, czuła na sobie jego spojrzenie padające z góry.
Wyczuwała jego napięcie, tak jak przyśpieszone bicie serca tuż koło własnego ucha.
- Nie zamierzałem tu przychodzić - mruknął, gdy ta racjonalna cząstka jego umysłu uświadomiła mu w jakim miejscu się znalazł, a palce zamarły, wcześniej kreśląc nieokreślone wzory na jej gładkiej skórze. Umilkł, na moment pozwalając, by ciszę wypełnił jedynie szum wiatru muskającego kwiaty na balkonie. - Bałem się, że nigdy więcej cię nie zobaczę.
Przyzwyczaiła się do jego ostrożności, do subtelnych uników i mechanizmów obronnych, które włączały się zawsze, gdy bliskość stawała się zbyt prawdziwa, namacalna. Była gotowa na to, że znów zetknie się z tą zimną granic, którą Cassian zwykł stawiać między sobą a światem - także między sobą a nią.
Ale ten moment nie nadszedł.
Nie tylko nie odsunął się, ale wyszedł jej naprzeciw - niemal instynktownie zareagował na jej obecność, jakby jego ciało wiedziało szybciej niż umysł, że miejsce dla niej jest właśnie tu. Przy nim. Jego ramiona objęły ją bez słowa, bez zawahania, a jednak z wyczuwalną, niemal liryczną ostrożnością, jakby robił to pierwszy raz - bądź obawiał się, że jeżeli zachowa się zbyt gwałtownie, ten moment pryśnie, zniknie, rozwieje się jak dym, a ona sama okaże się niczym więcej, jak nocną marą czy mirażem czegoś utraconego.
To, jak naturalnie ją objął, jak pewnie przyciągnął ją bliżej, na moment odebrało jej oddech. Zaskoczenie, które pojawiło się w jej piersi, splątało się z czymś innym - delikatnym, ulotnym, jeszcze nie do końca uchwytnym. Z czymś, co miało smak łagodnej czułości podszytej tęsknotą. Poczuciem bezpieczeństwa. Przez ułamek sekundy mogłaby przysiąc, że właśnie tak powinno być. Że jego dłonie na jej talii, zapach Cassiana - świeży, z nutą bergamotki - jego obecność i ciepło, to wszystko było częścią jakiejś większej całości, która nagle, choć na krótko, złożyła się w jedną spójną całość.
Nie zadrżał. Nie cofnął się. Nie szukał dystansu. A ona, z twarzą wtuloną w jego pierś, słysząc przyspieszone bicie serca mężczyzny tuż przy własnym uchu, czuła, że każda sekunda tej bliskości mogła uleczyć pęknięcia, których nie zdołały zagoić żadne słowa.
- Cśśś... - przerwała mu. Wpadła w słowo, podnosząc tę rękę, w której nie ściskała omni-klucza i dotykając rozcapierzonymi palcami do jego ust. - Wiem, Cassian. I doceniam.
Nie musiał kończyć. Tłumaczyć się. Miała świadomość, że podobnie do niej, nigdy nie stawiał siebie na pierwszym miejscu i nawet, gdyby od tego zależało dosłownie wszystko, zatrzymałby ją w tym apartamencie, rezygnując z własnej szansy na wolność. Wtuliła się w niego, czując przyjemny dreszcz, który pozostawiał po sobie jego dotyk. Odważyła się otworzyć oczy dopiero, kiedy usłyszała cichy głos z góry.
I wtedy zobaczyła.
Zobaczyła to, czego nigdy nie wypowiedział na głos. To, co ukrywał pod maską powściągliwości, chłodnych ocen sytuacji, cichych kroków odsuwających go od tego, co zbyt bliskie. Zobaczyła, ile dla niego znaczy – nie w słowach, nie w gestach, ale w tej chwili ciszy, którą wypełniały tylko ich oddechy i wszystko to, co przemilczane.
To nie był ten sam Daharis, który odsuwał się o pół kroku, gdy między nimi działo się coś więcej niż przewidział protokół. To nie był oficer analizujący każdą emocję jak ryzyko. To był mężczyzna, który naprawdę się bał, że ją straci.
W tym spojrzeniu nie było już logiki. Była potrzeba. Tęsknota. Czułość, której nigdy nie nazwał.
- Ciesze się, że tu przyszedłeś. Zostaniesz, prawda? - wspięła się na palce, nie dając mu cienia szans na odpowiedź. Ani własnemu rozsądkowi na wtrącenie się. Było tyle szans i jeszcze więcej okazji; a mimo to, uparcie, tkwiła przy jego boku.
- Nie chciałabym być nigdzie indziej. Ani z nikim innym.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
W blasku dnia, nie sposób było zignorować dzielących ich różnic. Począwszy od pochodzenia, przez ścieżkę, którą obrali w ciągu swojego życia, odmienny charakter czy przynależność, stawiającą ich na dwóch krańcach tego samego spektrum. Nawet, gdy emocje brały jej serce we władanie, jej analityczny umysł był w stanie dostrzec ich przyszłość na horyzoncie - przyszłość, która była krótka, napawająca pesymizmem, czy też zdrową szczyptą realizmu. Choć nigdy wcześniej nie odczuła wojny na własnej skórze, Iris znała jej realia i wiedziała, że niekiedy o żywocie jednej ze stron decydował wyłącznie rzut monetą.
Ten fakt tkwił w podświadomości jak drzazga wbita głęboko w skórę. Nić, która złączyła ich losy w jeden wydawała się trwała, niemożliwa do zerwania - a jednocześnie prowadziła w kierunku, w którym żadne z nich nie powinno się udać. Choć świadomość kruchości swojego życia nakłaniała blondynkę do działania, Daharis nigdy nie podzielał jej chwilowej impulsywności. Jak gdyby nie dostrzegał tego, co widziała przed sobą - perspektywy krótkiego życia i niechybnej śmierci, na którą skazało ją bijące, czarne serce odległej stacji kosmicznej. Nie przyjmował do wiadomości tego, jak ulotne miały być chwile, które mogą ze sobą dzielić - a te same cechy, które niegdyś czyniły z niego ambitnego oficera, przepełniały go pewnością, że uda mu się odnaleźć rozwiązanie. Że leki, które tkwiły gdzieś głęboko w kieszeni jej innej pary spodni na czarną godzinę są tylko przystankiem, a nie destynacją.
Dlatego zaoferował jej wolność - a gdy ją odrzuciła, wymykając prętom złotej klatki na rzecz ryzyka powrotu do stalowej, zawsze podtrzymywał między nimi furtkę. W chwilach, gdy jego spojrzenie tęsknie wbijało się w jej plecy gdy odwracała się w innym kierunku, słowa nigdy nie opuszczały jego ust, ręce nigdy nie sięgały w jej stronę, choć nogi często prowadziły go do pomieszczeń, które zajmowała.
Nawet, gdy zamaskowany żołnierz Przymierza chwycił ją za rękę i odciągnął w stronę wyjścia, w stronę oddechu, podczas gdy w sali rozbrzmiały celebracje rozgrywanej na Mindoirze masakry, choć nogi pchały go jej śladem, usta pozostały zamknięte, a omni-klucz milczący. Przedzierając się przez tłum, niemal desperacko próbując dogonić ją nim umknie przed nim w głębi nocy, ani razu nie krzyknął by zwrócić na siebie uwagę. Te same, zdradzieckie nogi zaprowadziły go do jej apartamentu, podczas gdy słuchawka milczała, a na komunikatorze nie pojawiła się ani jedna wiadomość.
Ponieważ jeśli choćby przez chwilę i ona zapragnęła wrócić do życia, które porzuciła pod wpływem impulsu, nie chciał być siłą, która powstrzyma ją przed powrotem - nawet, jeśli chciał nią być, a myśl, że miałby nigdy więcej jej nie zobaczyć wydawała się niemożliwa do zniesienia.
Być może w chwili takiej jak ta, tym bardziej powinien odnaleźć dla siebie ucieczkę. Chwycić omni-klucz, który udało jej się zdobyć, użyć go jako pretekstu by wrócić do własnego łóżka i perspektywy nieprzespanej nocy. Ale bliskość blondynki zdawała się być siłą, która za każdym razem odrobinę nadszarpywała jego własne. Ukrócała jego cierpliwość, przysłaniała mgłą każdy, racjonalny argument stanowiący przeciwko pozostaniu z nią w tym miejscu podczas gdy mogła układać sobie życie w odpowiedni sposób.
W półmroku przecinanym neonami nocnego miasta, różnice między nimi zdawały się blednąć do plam fioletowego blasku i głębi granatowego mroku.
Wspinając się na palce, znalazła się blisko twarzy, której wyraz tak skutecznie skrywał cień. Wiedziała, że nie usłyszy żadnych słów potwierdzenia. Słowa były narzędziem, którym budował otaczające go mury. Wyrazem racjonalności stojącej w tak drastycznym kontraście z tym, w jaki sposób jego ciało łaknęło jej bliskości. W głębi zwykle chłodnego spojrzenia dostrzegła, jak pieczołowicie odbudowywana tama bezpowrotnie pęka, a przez szczelinę przedzierają się prawdziwe emocje.
Ręce mężczyzny sunęły wzdłuż jej pleców, a gdy oderwały się od jej skóry, chłodny wiatr musnął miejsca ich ostatniego spoczynku. Ujął jej twarz w dłonie ostrożnie, delikatnie - jakby jej oblicze naznaczone wąską linią omni-ostrza było czymś kruchym, ulotnym. Przez krótką chwilę spoglądał w jej dwukolorowe tęczówki, a spojrzenie jego własnych, niebieskoszarych, zalśniło by zaraz zajść cieniem.
Nie odpowiedział ani słowem na jej pytanie i skrytą w nim prośbę. Pochylił się jedynie, niszcząc dzielący ich dystans by złożyć na jej ustach pocałunek. Gest był krótki, czuły, jakby stanowił przedsmak wszystkiego, co miało nadejść po nim. Na jedno uderzenie serca ich oddechy zmieszały się w jeden, w powietrze pełne zapachu lata i bergamotki, nim wpił swoje usta w jej w tęsknym, zachłannym wyrazie.
To nigdy nie miało się wydarzyć.
Wszechświat celowo rzucił ich na dwie, skrajne pozycje. Narzucił rolę, wyposażył w przekonania i ideały. Właściwie zrobił wszystko, co tylko było możliwe, aby ich drogi nie przecięły się wcale lub wyłącznie na krótką, ulotną chwilę. W wydarzeniu ważnym, ale nie kluczowym. Nie mającym ich ponownie zdefiniować, czy ukształtować na nowo. Była tylko kolejnymi rozkazem. Ambitnym przedsięwzięciem. Poniekąd środkiem do celu dla niego oraz sprawy, w którą musiał wierzyć. Spodziewał się po niej zapewne dumy, arogancji i pychy. Miał zobaczyć w niej wszystkie te cechy, które pozwalały mu mordować z inną krwią na Mindoirze, a dostał coś zupełnie innego. Osobę od początku wymykającą się schematom, w których chciał ja zamknąć. Nie pasującą zachowaniem do oczekiwań, do tego, na co musiał się skrupulatnie przygotować. Swoim uporem i postępowaniami, nie wiedzieć kiedy tak naprawdę po raz pierwszy skruszyła jego mur. Mała szczelina, żłobienie, nawet nie pęknięcie. Tyle jednak wystarczyło.
Aby zawahał się w Cicero. Nie rzucił na nią zaślepiony implantem na dachu Hirano Tower. Zabrał na prom, a następnie na swój statek, choć jego oficer pokładowy gotów był po raz pierwszy głośno i wyraźnie zaprotestować.
Aby nie odepchnął ją tu i teraz, uciekając jak dotąd przed prześladującą go Fel.
Ostatnie lata były dla Iris czasem służby.
Nie życia, nie wyborów - tylko obowiązku. Nauczyła się oddychać rytmem posiedzeń, żyć między kolejnymi spotkaniamii i raportami, a nie chwilami. Wszystko, co w niej było inne, wyjątkowe, kruche - zakopała głęboko pod pancerzem racjonalności oraz dyscypliny. Wybierała to, co należało zrobić. Czego oczekiwano po niej jako po Radnej. Nigdy - to, czego naprawdę pragnęła.
Był wszystkim, czego miała unikać. Przypomnieniem o tym, że gdzieś w niej, pośród mechanizmów i przeszkolonych reakcji, tli się jeszcze coś żywego. Nie zduszonego przez powinność, czy obowiązki.
Absurd tego spotkania ciążył w powietrzu jak niewypowiedziane pytanie.
A mimo to stała tu teraz, w pokoju przesiąkniętym nocnym światłem Nos Astry, z jego dłońmi błądzącymi po jej plecach i z czołem opartym o jego własne, oddychając tym samym powietrzem, co mężczyzna, który jednocześnie odebrał jej wszystko i tak samo wszystko podarował; jakby ta chwila miała moc zatrzymania całego chaosu tego świata. Jakby przez jedną, niepojętą lukę w strukturze rzeczywistości, pozwolono im się odnaleźć. Zderzyć.
To było przecież nierealne.
Dwa różne światy. Dwie różne ścieżki. I jeden moment, w którym wszystko inne przestawało mieć znaczenie. W nieskończoności gwiazd, pośród planet, statków, wojen i ruin, ich ścieżki nie powinny się przeciąć. Nie z logicznego punktu widzenia. Ona - Radna Ludzkości, lojalna Przymierzu. Ona - terrorysta z dna innego układu uwikłany w skomplikowaną relacje z Sojuszem.
A jednak stali tu razem.
Ich spotkanie miało w sobie coś z paradoksu kwantowego - niepojętego, a jednocześnie nieodwracalnego.
Różniło ich wszystko, od pochodzenia po przynależność, a mimo to… Mimo to nie potrafiła się cofnąć. Nie chciała. Gdy usta Cassiana dotknęły jej ust, wszystko zadrżało. Jakby napięcie ostatnich tygodni znalazło ujście. Pocałunek był jak uderzenie - nie cios, nie atak - ale fala, która zmyła z niej resztki oporu. Omni-klucz Brezneva wypadł jej z dłoni z miękkim stukotem. Nawet nie spojrzała w stronę urządzenia. Nie liczyło się.
Nie w tej chwili, nie przy smaku ciepłych, drżących ust mężczyzny, nie przy dłoniach, które objęły ją tak, jakby bały się ją stracić. Fel odwzajemniła ten gest całą sobą – bez słów, bez kalkulacji, z bezwzględną szczerością kogoś, kto przez zbyt długi czas ignorował wszystko, co prawdziwe.
Dotyk był miękki, a zarazem pełen głodu. Jej dłonie zacisnęły się na materiale jego koszuli. Ich ciała zderzyły się bez oporu, a granice, które wcześniej skrupulatnie budował, rozpadły się w mgnieniu oka. Chciała go poznawać takiego, jak był w tej chwili - nie jak przeciwnika, nie jak zmienna na polu bitwy. Jak mężczyznę obdartego ze zbędnego balastu. Nagiego, bezbronnego, pełnego uczuć, jakie przelewały się między jego niewypowiedzianymi słowami, ruchami, wdechem pieszczącym wrażliwą szyje.
Czuła, jak sama gubi oddech. Jak umysł przestaje liczyć sekundy. Jak świat – na zewnątrz i wewnątrz – po raz pierwszy od dawna milknie. Przyciągnęła go bliżej siebie, pogłębiając kolejny, szaleńczy pocałunek. Pragnęła zanurzyć się w nim głębiej, chłonąć jego obecność nie tylko ciałem, ale i każdym niespokojnym myślami miejscem w sobie. Czuła zapach bergamotki, zapach skóry, która nie powinna jej być znana, a jednak - była.
To było jak powrót.
Choć przecież nie miała gdzie wracać.
Tylko że… może właśnie to on był domem, którego nie znała.
Ich ciała dopasowały się jak odpowiedź na pytanie, którego nie ośmieliła się zadać. Jej palce wplątały się we włosy mężczyzny, gładząc napięcie w karku. Nie chciała mówić. Bo każde wyszeptane teraz słowo zburzyłoby tę kruchą ciszę między ich oddechami. W Daharisie nie było już oficera. Nie było służby, historii, ciężaru ról, jakie musiał grać. Była tylko Cassian – mężczyzna, który po raz pierwszy od lat nie robił tego, co należało.
Ale to, co czuła.
I gdy raz jeszcze wpił się w jej usta, poczuła jak echa dawnych decyzji rozmywają się gdzieś w tle. Już dawno wybrała jego. Zawsze będzie wybierać jego. Dla siebie. Dla nich. Choćby na tę jedną noc. Choćby na chwilę. Choćby na przekór całemu wszechświatowi.
Bo tylko z nim świat nie wydawał się już wrogi.
A ona sama – nie była już tylko narzędziem.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Drobny omni-klucz wymsknął się z jej dłoni, z cichym stukotem odbijając od podłogi jej apartamentu. W tej chwili stanowił najbardziej wartościową rzecz we wszechświecie - rzecz, za którą mogli wykupić dla siebie namiastkę wolności w rzeczywistości, która aktywnie usiłowała im ją odebrać. Mimo tego, ten skarb, który udało jej się zdobyć podstępem i intrygą, potoczył się po po posadzce jak zwykły przedmiot, którym w jednej chwili się stał. Pozbawiony wartości, pusty, nieaktywny - jedna z tysiąca rzeczy, które mogły poczekać do później, którymi mogli zająć się w blasku dnia lub trzeźwym przebłysku nocy.
Urządzenie Brezneva dołączyło do wspomnień nocy, której zdecydowanie zbyt długi fragment spędzili w odosobnieniu. Zmyło obraz jego okrutnego oblicza i gorzki posmak niewłaściwych celebracji. Odpędziło intensywne, zielone spojrzenie pełne zgorzknienia i niosące żal słowa wypowiedziane w promie. Każda chwila, którą spędziła na Nos Astrze, z wolna rozmyła się w mirażu fioletowych neonów i czerni zbyt głębokiej, by w jej głębi dostrzegła targające nią koszmary.
Zielona suknia blondynki i jej ułożone, jasne fale pozostały w nienagannym stanie, podczas gdy częściowo rozpięta koszula bruneta i jej podwinięte rękawy wyraźnie wskazywały zakończenie przez niego oficjalnej części wieczoru. Jej komunikator piknął pozostawionym kontaktem do kogoś, kto pragnął jej powrotu na Cytadelę, za to urządzenie mężczyzny pozostawało permanentnie wyciszone od natłoku wieści z Terminusa. W morzu dzielących ich różnic, od tych najdrobniejszych aż po takie, które rozdzierały Galaktykę na krwawiące, poszarpane kawałki, żadna z nich nie wydawała się zdolna przebić do chwili obecnej. W chwili, w której dłonie mężczyzny ujęły jej wzniesioną ku górze twarz, każdy priorytet przechwycił letni wiatr, posyłając go w stronę nocnego nieba.
Jego gesty były ostrożne, czułe - jakby nie dostrzegał urządzenia, które zrzuciła przypadkiem na posadzkę. Jakby najcenniejszą rzecz we wszechświecie pochwycił w swoje dłonie i teraz, zafascynowany bliskością, której tak długi czas sobie odmawiał, za wszelką cenę nie chciał jej wypuszczać. Na jego ustach wyczuła odległy, dawny posmak whisky stojącej na barku, którą w nadziei oczekiwaniu na jej powrót ledwo tknął. Pomiędzy gorzkimi, dymnymi nutami tańczyła tęsknota za tym, czego przecież nigdy wcześniej nie miał.
Ostrożność była jednak ulotna.
Gdy odwzajemniła złożony na jej ustach pocałunek, resztki samokontroli chowające się w jego racjonalnej, zduszonej części analitycznego umysłu uleciały w stronę gorącej nocy. Wyczuła bardziej niż dostrzegła, jak mężczyzna pochyla się w jej stronę, niszcząc resztki dzielącego ich ciała dystansu. Wypuścił jej twarz z dłoni, a jego ręce powędrowały w dół. Musnęły skrytą pod szmaragdowym materiałem talię, sunąc z większą otwartością po jej krzywiźnie.
- Zostanę. - odpowiedź wreszcie przecięła ciszę, niewiele głośniejsza od szeptu. Usta, które ją wypowiedziały, nieustannie trącałyy jej własne. Ręce z trudem zatrzymały się na jej talii - wyczuła ich potrzebę wędrówki, zatrzymaną przez resztki odnalezionej przez niego ogłady. - Powiedz mi, czego chcesz - mruknął, niespodziewanie odsuwając się w tył. Dostrzegła intensywność jego spojrzenia gdy to przemknęło po jej twarzy, a męska dłoń oderwała się od jej ciała by unieść w górę. Ujął jej podbródek, kciukiem muskając czerwoną wargę.
Czuła na skórze i pod palcami jego ciepło, puls, życie – tak realne, tak namacalne, że na chwilę zapomniała o wszystkim innym. Jego smak był jak gorzkie wspomnienie whisky i rozżarzonego pragnienia. Był intensywny, ciepły, znajomy, otumaniając – jak pierwszy grzech, którego wspomnienia zostaje na języku na zawsze, wypalając ślad tam, gdzie rozsądek nie ma już dostępu.
Omni-klucz, który upuściła, był ostatnim symbolem otaczającej ich rzeczywistości, który miała zostawić za sobą. Cichy stukot odbił się echem w apartamencie, nie znajdując żadnej reakcji w ich ciałach. Był martwy, zbędny – bo w tej chwili nie istniała przyszłość, nie istniał świat, nie istniały nawet ich różnice. Istniał tylko on; jego ciekawska dłoń na jej talii, jej palce zaciśnięte na jego ramionach, ich oddechy wymieszane jak dwa odrębne życia, które zdecydowały, że na krótką chwilę będą jednym.
Spojrzała na niego, słysząc potwierdzenie czegoś, co już wcześniej zdradziło jej jego ciało. W jej oczach odbijał się człowiek – bez pancerza, bez maski, bez lęku. I właśnie tak, w tej jednej sekundzie, Fel widziała go po raz pierwszy naprawdę. Nie jako projekt, którego należy chronić. Nie jako zagrożenie, które trzeba rozgryźć. I nie jako tymczasowe schronienie przed światem, który nieustannie domagał się jej życia w zamian za błędy cudzych, ale także i własnych decyzji. W tej jednej, rozciągniętej przez intensywność momentu chwili, patrzyła na Daharisa jak na odpowiedź, której nie wiedziała, że szukała.
Kciuk zataczający miękki łuk po jej dolnej wardze drażnił zakończenia nerwowe i wypalał na niej pragnienia, które echem odbijało się w roziskrzonym spojrzeniu. Cały świat zredukował się do bliskości ich ciał. To nie był tylko dotyk – to był język, którym przemawiało ich zmęczone milczeniem pożądanie. To była symfonia stworzona z westchnień, drgań, niedopowiedzianych pytań. W każdym geście Cassiana była ostrożność kogoś, kto trzyma w rękach coś kruchego i zarazem siła kogoś, kto wreszcie pozwala sobie sięgnąć po to, czego pragnie.
Kiedy zapytał, czego chce, poczuła, jak coś wewnątrz niej pęka – nie z bólu, lecz z ulgi. Jakby ten jeden szept rozerwał więzy, które przez lata wiązały jej wolę z obowiązkiem. Jakby w końcu mogła oddzielić służbę od siebie samej, świat od tego, co nosiła w sercu. Jej wzrok spoczął na nim długo, bez mrugnięcia, z tą rzadką mieszaniną zachwytu i zrozumienia. Odczytała w jego spojrzeniu wszystko - pytanie, tęsknotę, próbę kontroli i jej nieuchronny koniec.
- Muszę przyznać, że lista jest długa. Ale skrócę ją do najważniejszego punktu - powiedziała cicho, a każdy dźwięk zdawał się zawisnąć między nimi jak echo z innego wymiaru. Palcami musnęła grzbiet jego dłoni, zatrzymując ją na swojej twarzy. - Ciebie. Chce Ciebie.
Nie musiał jej prowadzić. Sama pokonała dzielący ich oddechem dystansu, splatając je raz jeszcze, z taką pewnością i łagodną desperacją, jakby pocałunek miał być nie tylko dowodem, ale obietnicą – i odpowiedzią na wszystkie kolejne pytania. Nie musiała mówić nic więcej – wszystko, co liczyło się w tym momencie, było między nimi. W sposobie, w jaki przesunęła dłoń po jego karku, zniżając ją ku odsłoniętym guzikom koszuli. W tym, z jaką łatwością jej usta odnalazły jego szczękę, obsypując szorstką skórę pieszczotliwymi pocałunkami. Czuła jak ciężar ostatnich lat przestał na niej ciążyć. Jakby dawna Fel – ta z Cytadeli, z raportów, tz zimnych sal posiedzeń – ustąpiła miejsca kobiecie, która właśnie pozwoliła sobie na luksus najprostszej prawdy. Chciała go. Teraz. W całości. Bez warunków. Niezwłocznie.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Otwarte okno balkonowe niosło ze sobą ciche odgłosy nocnego miasta. Delikatny szum przemykających nad budynkiem taksówek nieustannie przypominał, że znajdowali się bliżej nieba niż ziemi. Choć Vespera w niczym nie przypominała ponurego gmachu Hirano Tower, należący do Fel apartament przekształcił się w strefę niczyją tak, jak niegdyś przydzielone jej mieszkanie na Korlusie. Cztery ściany nie były w stanie pomieścić oceniających spojrzeń mieszkańców Cytadeli ani płynących z Terminusa rozkazów, zamykając ich w małej bańce, do której świat zewnętrzny i czyhające w nim problemy nie miały dostępu.
Gdy ich usta się spotkały, nawet świadomość towarzysząca im od samego początku uleciała wraz z gorącym, letnim wiatrem na zewnątrz. Świadomość tego, że konstrukcja, którą chcieliby wspólnie wznieść w stronę nieba miała popękane, zniszczone fundamenty. Sięgnięcie ku sobie na przekór wszystkiemu, co wydawało się ich dzielić, zdawało się jałowe, o ile nie całkowicie niemożliwe. Drogi, jakie wytyczył im los nie miały się przeciąć - a każde takie skrzyżowanie niosło ze sobą jedynie ból i cierpienie. Widziała tę świadomość w jego oczach - wtedy, gdy muskał jej dłoń własną, nim zamknął drzwi jej kapsuły i posłał prom na Cytadelę. Stanowiła podstawę wzniesionego przez niego muru, oplecioną wokół nadgarstków linę szarpiącą w tył zawsze, gdy ośmielił się wyjść jej naprzeciw. W otaczającym ich całunie półmroku, dostrzegła jej brak w lśniącym, szaroniebieskim spojrzeniu wyczekującym jej odpowiedzi.
Ostatnia furtka zatrzasnęła się bezpowrotnie gdy kobiecy głos przeciął ciszę, wypowiadając słowa, które on pragnął usłyszeć.
Które roztrzaskały resztki rozwagi, zmuszającej go do odsunięcia się od tego, czego pragnął najbardziej. Niezdolny do zatrzymania się, do pozwolenia jej prowadzić, natychmiast pochylił się, złączając ich usta w pocałunku. Łaknące jej ciała dłonie przemknęły po materiale jej sukni - tak cienkim, że nie izolował jej skóry od gorącego dotyku mężczyzny.
Ruszył do przodu, wykonując krok - jakby nieistotna odległość między nimi była zbyt duża, zbyt niepotrzebna. Z kolejnym krokiem jego kolano wsunęło się między kobiece uda, a jej plecy natrafiły na twardą ścianę po drugiej stronie przedsionka. Przesuwające się po jej ciele dłonie wreszcie zatrzymały na jej biodrach, a jedno uderzenie serca później wsunęły pod jej uda, z lekkością podnosząc ją w górę i ułatwiając mu dostęp do kobiecej szyi. Ruch, choć delikatny, był tak nagły, że jedno ramiączko jej sukienki bezwiednie opadło z ramienia w dół.
Rozpinanie męskiej koszuli okazało się trudniejsze z każdą chwilą, gdy skupienie mężczyzny całkowicie przeniosło się na nią. Pozbawione ograniczeń narzuconych im przez świat bądź samych siebie, jego ciało łaknęło jej bliskości. W pocałunkach, które z jej lekko spierzchniętych ust przeniosły się niżej, wyczuła lustrzane odbicie własnych emocji - nie chęć, a potrzebę. Potrzebę, z którą jego usta musnęły linię jej żuchwy, nim przeniosły się niżej, drażniąc delikatną skórę jej szyi. Bardziej niż dostrzegła, wyczuła pod opuszkami palców starannie zawiązane bandaże pod rozpiętą koszulą, o których zdawał się nie pamiętać w chwili takiej jak ta.
Zderzenie ich ciał nie powinno mieć miejsca; nie w tej rzeczywistości, nie w tej strukturze galaktycznej hipokryzji, w której jedno należało do jednej strony konfliktu, a drugie do drugiej. Dla każdego poza nimi to było czyste bluźnierstwo. Bezwstydne wymazanie wszystkiego, co uczono ich czcić, czemu służyć i być wiernym. A jednak - nie było w tym ani cienia hańby. Tylko ona i on. Ciała, które znały się już bez słów. Tęsknota, której nie trzeba było wyjaśniać.
Każde jego dotknięcie było jak fala słonecznego ciepła, która rozsadzała wnętrze jej klatki piersiowej, każąc sercu uderzać szybciej, mocniej - jakby próbowało dogonić czas, który tak długo oboje trwonili na trzymanie się z dala od siebie. Zachłysnęła się jego bliskością, intensywnością i mnogością doznań. Jej palce wczepiły się w delikatną tkaninę i bez słowa pociągnęła ją w dół, bezceremonialnie, z niecierpliwością kogoś, kto już nie chce się dłużej kryć. Jej pewne ruchy zdradziły, że doskonale poradziłaby sobie z suknią sama również podczas ubierania niezliczonej długości lejącego się materiału, a mimo to poprosiła go o pomoc z ułożeniem sukni i pociągnięciem za zamek przed wyjściem wieczorem z tego samego pokoju. Roziskrzone oczy nie zdradzały skruchy - tylko determinację. Pragnienie podzielające jego potrzebę.
Tkanina, która dotąd oplatała jej ciało jak woda spływająca po kształcie naczynia, zsunęła się na posadzkę w satynowych kaskadach, muskając płytki chłodnym szelestem. Wraz z nią coś cięższego uderzyło metalicznie o ziemię - drobny nieśmiertelnik, który wymknął się spomiędzy warstw materiału. Blacha nosząca jego nazwisko, kod, jak i przeszłość. Miała go przy sobie przez cały ten czas od opuszczenia w kapsule przeklętej stacji Aeris aż do teraz i wydawała się nosić jako amulet. Talizman. Przypomnienie czegoś, co utraciła, zanim zdążyła w pełni posiąść. Kiedy zerknęła na niego, błysnął w świetle neonu za oknem, jakby nawet wszechświat chciał im przypomnieć, że od początku należeli do siebie, choć tak długo udawali, że jest inaczej.
Przymknęła oczy, bezkształtne słowa wyrwały się jej ustom, kiedy przygryzał wrażliwą skórę w zagłębieniu jej szyi. Przyciągnęła go do siebie bliżej, jednocześnie wystarczająco jasno dając do zrozumienia, aby nie przestawał. Ostatnie guziki niemalże wyszarpała z materiału, który utrudniał jej dłonią dalszą wędrówkę. Każdy centymetr jego odsłoniętej skóry pod palcami był dla niej nowym terenem - ale już rozpoznanym przez instynkt, jakby mapa jego ciała istniała w niej od zawsze. Jego mięśnie napięły się pod jej dotykiem, tętniły odpowiedzią, której nie trzeba było wypowiadać. Pod opuszkami wyczuwała strukturę jego ran, które sama opatrzyła. Dotknęła bandaży Cassiana z ostrożnym zamiarem, a także z głębią wyznania. Jej ręce sunęły dalej, prowadzone intuicją, która przestała słuchać rozumu. Zostawiały ślad ciepła i obietnic do wychwycenia również w urwanym oddechu, czy kolejnym skradzionym pocałunku.
Z każdą chwilą odrzucali kolejne granice - nie tylko te fizyczne, ale też te mentalne, które trzymały ich na dystans. W przeszłości. W obowiązkach. W strachu.
Teraz była tylko ona i on. Fel i Daharis. Kobieta, która wiedziała, jak zarządzać setkami systemów - i która właśnie oddawała władzę temu, który nie żądał od niej niczego, poza jej obecnością.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Zielony materiał sukni przykrył leżący na ziemi omni-klucz zdobyty przez Fel, ale też nieśmiertelnik, który ze stukotem upadł obok niego. Pamiątka pozostawiona w jej dłoni wewnątrz stacji pełnej koszmarów - koszmarów, które wsunęły się do jej promu i powróciły wraz z nią na Cytadelę. Jedyna rzecz, jaka mogła jej przypominać o wszystkich, dobrych chwilach, które przepędziły mrok jej uwięzienia przez Sojusz.
Jedyna rzecz, która przypominała jej o nim.
Od tego czasu miała wiele okazji by mu go oddać - wsunąć w puste miejsce na ramieniu pancerza, załatać ubytek, który spowodowała pojawieniem się w jego życiu. Przywrócić jego stan do chwili, w której poznali się na Ilos pod płaszczem fałszywego ratunku skrywającego ukryte rozkazy. Ale gdy oderwał swoje usta od jej, spoglądając na nią w fioletowym blasku wpadającym do środka, jego wzrok ani na chwilę nie zsunął się na leżący na ziemi fragment swojego dobytku. Spoglądał na nią tak, jakby to ona była tym brakującym elementem - czymś, czego w życiu mu brakowało choć póki jej nie poznał, nie zdawał sobie z tego sprawy.
Ciepło jego dłoni w kontakcie z pozbawioną osłony materiału skórą samo w sobie stanowiło pieszczotę. Szorstkość odcisków zmuszonych do ciągłej pracy rąk kontrastowała z czułością, która wypełniała wszystkie jego gesty. Dłonie wędrowały po jej ciele, z fascynacją badając jego krzywizny i fakturę - jakby jego celem było przestudiować każdy jej fragment, wyryć każdy szczegół w pamięci. W jego ruchach napięcie i pożądanie stawało w szranki z ostrożnością i delikatnością - jakby obawiał się, że ta chwila jest krucha, ulotna. Że w pewnym momencie ockną się, jak zwykle to robili, że dostrzegą furtkę, wyjście, przez które przeprowadzi ich racjonalność.
A jednocześnie nie potrafił oderwać od niej ust.
Napotkała opór, próbując zdjąć z niego koszulę. Mruknął z niezadowoleniem wprost w jej szyję, zmuszony oderwać się od kobiecego ciała na nieznośnie długą chwilą. Z niecierpliwością zerwał z siebie odzież pozwalając, by spadła gdzieś na dół, obok jej sukienki - i obok dwóch, najważniejszych przedmiotów w tym pomieszczeniu, które w przeciągu kilku minut stały się równie bezwartościowe jak splątane ubrania.
Chłód owiał jej plecy gdy te oderwały się nagle od ściany. Nie przerywając pocałunków, które z każdą chwilą stawały się coraz szybsze, coraz bardziej zachłanne, obrócił się, trzymając ją w swoich ramionach. Pół na oślep ruszył w kierunku podwyższenia i obrzuconego jej rzeczami łóżka. Instynktownie lawirując pomiędzy pozostawionymi przez nią rzeczami, pochylił się, kładąc blondynkę na łóżku z delikatnością, która nie współgrała z głodem błyszczącym w stalowych oczach.
Ciepły wiatr poruszył zasłonami, przebijając ciszę subtelnym szumem. Blask neonów miasta stał się intensywniejszy gdy przenieśli się bliżej balkonu. Półmrok podkreślał każdą krzywiznę jego sylwetki ostrym cieniem. Choć w głębi blondynki drzemała siła zdolna do miażdżenia rzeczywistości, jej ciało nie wydawało się stworzone do bitwy - w przeciwieństwie do Cassiana. W kolorowych barwach nocy widziała zarys mięśni zdobiących ciało mężczyzny, ale też każdą, drobną lub większą bliznę przecinającą skórę. Każdy jego fragment stanowił przypomnienie lat, które spędził na walce.
Dostrzegła, że gdy ona przyglądała się jemu z dołu, on robił to samo z góry - w tej krótkiej chwili, w której udało im się zatrzymać. Jego wzrok śledził kobiecą sylwetkę w rozrzuconej pościeli, a z każdą sekundą obserwacji zdawał się coraz bardziej wygłodniały.
- Jesteś piękna - ciche słowa opuściły jego gardło bardziej ochryple, niż powinny, gdy ich spojrzenia się spotkały.
Nie mogłaby o nim zapomnieć.
Był z nią zawsze - nawet gdy go przeklinała. Pojawiał się w jej snach. Nad jeziorem, które wdarło się do jej głowy razem z czarną materią płynącą z serca Cicero. Widywała go tam nie raz, nie dwa. Brodzącego po pas w wodzie, zrywającego polne kwiaty z brzegu, plecącego z nich niestaranny wianek, który potem wrzucał do wody w geście ofiary, niepokoju albo obietnicy.
Czasem rozmawiali. Częściej się kłócili. On mówił, żeby szła dalej. Żeby nie oglądała się za siebie, nie stała w miejscu, nie roztrząsała decyzji. A ona? Duma nie pozwalała jej odpuścić. Jej wewnętrzne walki bywały cichsze niż te, które toczyła na scenie politycznej, ale o wiele bardziej wyniszczające. Tam, przy tafli jej własnego jeziora pamięci, Daharis był jej sumieniem. A teraz, w tym miejscu, w jej objęciach zawieszony pomiędzy miastem a niebem - był jej wszystkim.
Ashford miał rację. Przynajmniej raz.
Cassian znaczył dla niej więcej, niż powinna była pozwolić. Niż było bezpiecznie. Był jej granicą. Jej końcem i jej początkiem.
Pod jego dłońmi rozkwitały dreszcze. Pobudzały setki stłumionych przez lata emocji. Jęknęła cicho, ledwo zauważalnie, kiedy jego palce trafiły na wrażliwą linię kręgosłupa, kiedy opuszki pieściły jej skórę z uważnością, jakby od tego zależało jego życie. Z drobną pomocą mężczyzny, wyplątała się z pociągniętej na podłogę sukni. Oddając pocałunki żarliwie, nieco chaotycznie, pozwoliła mu się poprowadzić w stronę łóżka i ułożyć na miękkim materacu.
Popatrzyła na niego z dołu, zadzierając głowę. Gęste loki opadały na jej policzki, szyje, ramiona, zasłaniały kawałek poduszki kontrastując z ciemną jak noc pościelą. Wpatrywała się w cienie tańczące na jego twarzy, w refleksy widoczne w stalowoniebieskim spojrzeniu, teraz będącym bardziej płynnym metalem rozgrzanym do czerwoności. Dość otwarcie oraz bezwstydnie, zlustrowała jego sylwetkę, zarys mięśni i blizny przecinające skórę. Pragnęła poznać wszystkie, bez wyjątki wspomnienia zamknięte w tych perłowobiałych śladach. Myśl, że jeszcze będą mieć na to czas, wydała się taka naturalna. I na miejscu.
Pościel zaszeleściła, kiedy podniosła się na łokciach. Nie była żołnierzem, jej wojskowa służba ograniczyła się do podstawowego przeszkolenia w Akademii Grimssona, a następnie do kilku obowiązkowych manewrów w Akademii Przymierza, gdzie odebrała solidne, chirurgiczne wykształcenie. A mimo to, jej ciało również zdobiło kilka blizn. Długie, nieestetyczne cięcie po omni-ostrzy na wysokości trzeciego żebra zadane przez zamachowca na otwarciu wieżowca Empyrus. Ślad po oparzeniach na lewej łopatce. Odnaczające się bardziej pod opuszkami palców, niż do wychwycenia wygłodniałym spojrzeniem miejsce, gdzie na udzie przebiła się kość złamana w trakcie ucieczki z placówki badawczej w kolonii turian.
Musiał zauwazyć w jej oczach, jak w pierwszej chwili zapragnęła zaprzeczyć jego słowom, ale coś jednak powstrzymało ją i tylko kąciki jej ust drgnęły. Jej dłoń powędrowała ku niemu. Nie jako błagalny gest, lecz wezwanie. Żądanie. Potrzeba zakorzeniona tak głęboko, że nie dało się jej już dłużej tłumić. Jej palce odnalazły nadgarstek Cassiana, a potem ujęły go mocniej, zaskakująco pewnie i zdecydowanie - i po prostu pociągnęła go do siebie.
Kiedy ich ciała zetknęły się znów, kiedy oddechy splątały się w tym zbyt krótkim momencie zawieszenia, czuła, jak uginają się pod nimi fundamenty wszystkiego, co dotychczas znała. Była gotowa zbudować je na nowo razem z nim i absolutnie nie obchodziło jej to, co wszechświat ma do powiedzenia w tej sprawie. Jej usta odnalazły jego już nie z czułością, a z głodem, który do tej pory udawało im się ukrywać pod warstwami samokontroli i przekonania, że nie powinni. Że to nie ten czas. Że nie mają prawa.
Teraz nie zostało już nic z tej ostrożności.
Czuła go całym sobą – każdy jego oddech, każdy napięty mięsień, każde minimalne przesunięcie ciężaru ciała nad nią. Dłońmi objęła jego kark, palce zaplątały się w krótkich pasmach włosów, zaciskając się na nich, jakby w obawie, że jeśli go nie przytrzyma - zniknie. Tak jak znikał w jej snach znad jeziora.
Ale to nie był sen. Nie tym razem.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)