Dostrzegała maski, które przywdziewał każdego dnia. Pierwszą z nich poznała wtedy, na Ilos, gdy jego sylwetka zalśniła pośród zniszczonego sklepienia świątyni. Jej obraz podświadomie wyrył się z tyłu jej głowy i nigdy już nie była w stanie jej zignorować. Widziała ten miraż, który przysłaniał jego emocje gdy podróżował korytarzami Hirano Tower, z niechęcią odprawiając umykającą przed nim w strachu Maketari. Dostrzegała fałsz gdy kiwał głową tkwiącymi przy drzwiach do jej mieszkania ochroniarzom. Iluzję, z którą przedstawiał Aeris jako bezosobowe miejsce, z którym nie miał żadnego, osobistego połączenia.
Każda maska wyłaniała się w kontraście przebłysków prawdy, którymi obdarzał ją w chwilach, w których nikt inny nie mógł ich dostrzec.
W uśmiechu na szczycie Lavoisier i w niemal odruchowym geście wyciągnięcia do niej ręki gdy wdrapywała się na dach promu by wspólnie z nim spoglądać na kolorowe konstelacje wirujące w atmosferze Korlusu. W desperackim zaprzeczeniu, gdy skierowała się do wąskiego korytarza prowadzącego prosto do wściekłego serca tajemniczego artefaktu i w smutku, w którym musnął jej skórę gdy leżała w objęciach kapsuły medycznej promu - promu, który zamierzał wysłać na Cytadelę, wbrew jej woli wybierając dla niej wolność kosztem własnej.

Tam, gdzie inni dostrzegali jedną, beznamiętną twarz osoby zdystansowanej, odsuniętej emocjonalnie od wszystkiego, co działo się wokół, ona widziała ich setkę.
A teraz, nie dostrzegła przed sobą żadnej maski - jedynie prawdę, z którą spoglądał na nią z góry. Uwielbienie w jego oczach, tak intensywne, błyszczące, że na moment nawet pożądanie schowało się przy nim do cienia. Jej potrzeba zaprzeczenia była zbyt jałowa, by próbował w nią uwierzyć, by w ogóle ją dostrzegł. Pochylił się, lgnąc do niej, przysłaniając granatowe cienie i fioletowe blaski padające na sufit, przysłaniając świat, w którym ich dwoje nigdy nie miało dla siebie miejsca. Gdy jego usta odnalazły jej, nawet szum wiatru zniknął - rzeczywistość ucichła, skurczyła się do ich własnego, małego zakątka Galaktyki.
Gorący oddech pozostawiał ślad gęsiej skórki na drżącym ciele gdy mężczyzna przesunął się niżej, a jego palce bezwiednie wsunęły w rozrzucone jak kaskada na ciemnej pościeli jasne loki. Wędrując wzdłuż malowanych cieniem krzywizn, pozostawiał po sobie ślad swojego oddechu. W jego pragnieniu poznania jej całej, dostrzegła potrzebę wynagrodzenia im obojgu czasu, który upłynął i decyzji, które podjęli.
Racjonalnych, prawidłowych, a jednocześnie zabarwionych fałszem.
Gdy jego dłonie wędrowały wzdłuż kobiecych ud, usta pozostawiały pocałunki - jeden za każdą furtkę, przez którą wyszli, choć żadne z nich tak naprawdę nie chciało. Jeden za drugim, ciągnęły się w nieskończoność, każdy zmywając żal podjętych decyzji, zastępując go antycypacją.
Nie protestował, gdy przyciągnęła go z powrotem do góry, rozpinając stojący im na drodze pasek eleganckich, czarnych spodni. Adoracja i uwielbienie szybko stopiły się w ogniu jego niecierpliwości, w którym jego ruchy stały się szybsze, bardziej szorstkie. Gdy jej ciałem przeszedł pierwszy dreszcz, męskie dłonie zacisnęły się na jej skórze, wargi pozostawiły na jej własnych gwałtowne pocałunki.
W ich małym świecie nie było już miejsca na wojnę tak, jak nie było w nim miejsca na fałsz. Wnętrze ciemnego apartamentu mieściło tylko ich, letni wiatr wpadający do środka i odległy błysk gwiazd nocnego nieba. Sekundy zlały się w minuty, minuty zdawały się przekształcać w godziny, w czystą nieskończoność - której i tak byłoby mało, zbyt mało by nadrobić każdą chwilę, którą spędzili osobno. Gdy z jej ust wreszcie wydarło się westchnienie, ramiona mężczyzny oplotły ją ciaśniej. Zdawała się pasować do nich idealnie - jakby każde z nich powstało, by odnaleźć w swoim życiu to drugie.
Jakby należeli do siebie od samego początku.
@Iris Fel


