Pytanie Anthony'ego wyrwało chłopaka z pętli mamrotania i patrzenia na nich błagalnym wzrokiem. Zamiast tego, wycofał się parę kroków. Nabrał tylko tempa, gdy aktywowany został kamuflaż, ale chyba nie przewidział dokładnego planu. Cofał się i cofał, nagle plecami uderzając o tył szafki, z której wcześniej gorączkowo wypadł. Nie miał broni, był już ranny, i choć niski czy słaby fizycznie nie był, to w konfrontacji z uzbrojonym najemnikiem nie miał zbyt dużych szans.
-
Czekaj, nie, proszę! - wrzasnął tylko, gdy pierwsze uderzenie karabinu uderzyło go w głowę. Nie stracił przytomności, ale opadł plecami o szafkę, chwilę jeszcze się wierzgając. Drugie uderzenie załatwiło sprawę, ale skończył nie tylko ze złamanym nosem, ale i na pewno wstrząsem mózgu. Nic mu nie będzie, prawda?

-
Aleś mu pan powiedział - rzucił Eji przez słuchawkę z niemałym rozbawieniem. Nie był głosem rozsądku czy kimś, kto tonowałby konflikty. Naturalnie, pozostawał z nimi na łączu i pewnie pozostanie, odmawiając opuszczenia go, dopóki mógł służyć im informacją lub komentarzem. Nie zamierzał jednak opuszczać statku. -
Nooooo czasu za dużo to nie macie. Będę trzymał odpalone silniki. Niech stracę - ponieważ marnotrawstwo paliwa było dla niego największym problemem. Nie to, że statek organizacji, dla której pracował, był teraz w stanie buntu. Jakby zreflektowawszy się w tym temacie, odezwał się raz jeszcze -
Próbuję dodzwonić się do naszych, i wewnątrz i na zewnątrz. Nic. Zero. Nicość. Inne synonimy.
Whittaker odebrał omniklucz chłopaka. Była to jedyna "wartościowa" rzecz, jaką miał przy sobie - resztę musiał stracić. Włamanie się do niego było mało czasochłonne i zrobił to po drodze do głównych drzwi hangarowych, gdy już rozwiązali swoje "dysputy" i wydostali się od kontroli lotów. Szukając kodów dostępu nie znalazł niczego, czego już by nie miał. Jego "ofiara" musiała faktycznie być tylko płotką, bo nie miał ani plików, które mogłyby pomóc, ani dostępów w miejsca, których Eji by im nie zagwarantował. Znalazł multum sygnałów alarmowych i próśb o pomoc, wszystkie jednak posłane zostały w eter. Kanały komunikacyjne więzienia były poblokowane i albo niedostępne, albo nadające przez siebie tylko nieskoordynowany, irytujący szum. Doszło więc do sabotażu, tak jak wcześniej ktoś z nich sugerował, albo buntownicy zajęli ich centra komunikacyjne i dezaktywowali je, by wprowadzić więzienie w stan kompletnego chaosu informacyjnego. Niestety nie dorwał niczego więcej.
Drzwi hangarowe otworzyły się z wielkim hukiem, wpierw przesuwając się powolutku z obu stron, potem jednak nagle przyspieszając, by ukazać im długi, oświetlony na czerwono korytarz. Już od kiedy dźwiękoszczelne wrota ustąpiły, słyszeli wycia, krzyki i uderzenia o szkło. Teoria o mutantach jednak nie sprawdziła się. Korytarz nie zawierał w sobie ani żywej duszy. Widzieli co prawda parę zwłok - jeden strażnik, czwórka więźniów. Część cel była pootwierana, większość pozostawała jednak zamknięta. W niektórych przebywali więźniowie, którzy jednak nie wychodzili ze środka i udawali, że ich nie widzą, jakby bojąc się, że strażnicy będą pacyfikować wszystkich i wszystko. Nie napotkali jednak nikogo ze Słońc, kto mógłby im pomóc.
-
Hej, wypuśćcie nas! - wydarł się ktoś, uderzając o szkło, gdy przechodzili obok. Jeden krzyk zamienił się w kilka, a kilka w kilkanaście. Nawet gdyby szukali wśród nich swojego celu, to by go nie dostrzegli. Mieli jeszcze wiele bloków do przejścia.
W bloku pierwszym nie czekało ich zagrożenie. Widzieli tylko ślady, resztki, zwłoki. Krew na ścianach, ślady po pociskach, znacznie więcej zwłok, niż w korytarzu. Żaden pistolet nie został na podłodze, tak samo żadna karta dostępu. Więźniowie rozeszli się po tym bloku jak szarańcza, szabrując wszystko co użyteczne i zabijając wszystko co wrogie. Nie spotkali tu jednak nawet żywej duszy. Nie musieli wjeżdżać windą, mogli przejść równoległym korytarzem, co też zresztą zrobili.
Blok czwarty był tym, do którego chcieli się dostać. Lokalne centrum medyczne było potencjalnym źródłem informacji o ich celach, choćby po to, by sprawdzić ich chipy, jeśli jeszcze ich sobie nie usunęli. Blok ten zawierał "parter" i jedno półpiętro, na które można było wejść po stromych schodkach, lub wjechać czymś, co przypominało windę towarową. Pod półpiętrem znajdowały się jednak pancerne, grube drzwi, w które uderzała teraz zgraja więźniów.
-
Wpuść nas, doktorku! - wydarł się któryś z nich, rosły Kroganin. Nie był to ich cel, nie pasował do profilu, który podesłał im Eji.-
Nikt już nie musi umrzeć! Chcemy tylko trochę mediżelu, co nie, chłopaki?
Przytaknęli. Chyba wszyscy wiedzieli, że to prawda. Siedzący wewnątrz lekarz, jeśli dalej tam był, nie odpowiedział. Nie było innego wejścia do środka.
Systemy obronne tego piętra zdawały się być zniszczone. Mechy, wieżyczki. Jeśli by się rozejrzeli, może znaleźliby coś, co działało, ale czy daliby radę obrócić to przeciwko nim?
Więźniów było sześciu. Nikt ich nie zauważył, tak więc mogli po prostu ruszyć do siódmego bloku, gdzie powinien być ich pierwszy cel, jeśli trzymał się "swojego" przydziału. Jeśli jednak chcieli centrum medycznego, musieli przez nich przejść. Pokojowo, lub, co bardziej prawdopodobne, znacznie, znacznie mniej pokojowo.
Wyświetl wiadomość pozafabularną@Mila Račan @Mol @Anthony Whittaker @Carlos Brown @Kiru Heidr Varah
Deadline: 15.08 EOD