Stolica, skolonizowanego przez asari, Illium. Nowoprzybyłym jawi się jako piękne, niekiedy doskonałe miasto, co często potrafi zmylić - tutejsi mówią, że Nos Astra potrafi być równie zdradliwe i niebezpieczne, co Omega. Często porównywane jest do Noverii przez swoje zaangażowanie w politykę handlu.
Ogromne wieżowce, nazwane po nazwisku Nassany Dantius. Biznesmenki, oraz emisariuszki asari. Jako, że struktura ta jest ciągle w budowie, tylko nieliczni mają do niej wstęp. Kobieta ta jest znana w filiach Illium ze swojej nieugiętych metod polityki jak i prowadzonych przez niej wszelakich interesów. Obiło się nawet o uszy, że jej pracownicy chwalą ją i pracują chętnie po godzinach. Plotka głosi, że firma ostatnio ma małe problemy, ale informacje te są często krytykowane i sponiewierane przez samą Nassane.
Droga na miejsce do złudzenia przypominała to, co mieli sobą prezentować - zwykłą grupkę znajomych szykujących się na przyjęcie. Oddział, który wcześniej w skupieniu i ciszy szykował się na spotkanie z Aaliyah teraz gawędził między sobą jak gdyby faktycznie czekała ich impreza, a nie prawdziwa misja do wykonania. Napięcie opuściło nawet odrobinę ciało ich dowódcy - Daharis opadł na oparcie fotela i choć nie dołączał się do ich kontemplowania tego, kogo spotkają na miejscu, wyglądał na nieco bardziej rozluźnionego niż wcześniej. Przyglądał się zapadającemu w Nos Astrze zmrokowi gdy prom przecinał niebo, lecąc w stronę ich destynacji jednym z tuneli powietrznych.
- Masz, weź to. - gdy docierali na miejsce, Lexi zwróciła się do Iris z wyciągniętą ręką. Na jej rozłożonej dłoni tkwił jakiś mały obiekt, w którym Fel rozpoznała słuchawkę - dyskretną, w kolorze skóry, a zarazem tak drobną, że wydawałoby się, że mogłaby wpaść jej do ucha i nigdy nie wypaść z powrotem. Gdy ją jednak założyła, leżała wygodnie w swoim miejscu, dodatkowo przysłonięta blond puklami. - Będziemy słyszeć się na miejscu. Jakby coś się działo, daj znać. Wszyscy je mamy.
Gdy Iris założyła urządzenie, głos Lexi dotarł do niej z dwóch źródeł i przekonała się, że słuchawka działa - i faktycznie umożliwia im dyskretną komunikację.
- Docieramy - ostrzegł ich Cassian gdy prom zniżył swój lot, kierując się do dwóch, strzelistych wieży wznoszących w stronę nieba.
Wieże Dantius przykuwały uwagę na tle pozostałych wieżowców, choć druga z nich wciąż wydawała się nieskończona. Przy jej szczycie rusztowania znaczyły powierzchnię budynku tu i ówdzie, zwiastując o postępujących tam pracach. Iris widziała, że dwa budynki łączył most blisko szczytu, poza tym jednak wydawały się od siebie zupełnie odrębne. Ich prom powędrował w stronę lądowiska pierwszej z wież - tej, która była już ukończona i jej okna błyszczały.
- Słyszałam, że Dantius ma dużo wrogów - zauważyła Yasmin, z powątpiewaniem wyglądając przez okno gdy ich transportowiec opadał na płytę lądowiska. - Ciekawe, czy w ogóle skończy tą drugą wieżę nim ktoś wreszcie ją sprzątnie.
- Morderstwa? Na Illium? - zażartowała Lexi, pchając się praktycznie do wyjścia gdy tylko prom przestał się poruszać. - Myślałam, że tutaj tylko knują i oszukują na podatkach.
- Nassana musiała nabrać wprawy na Cytadeli - prychnął pod nosem Barnes, puszczając kobiety przodem. Wcześniej ciągle wiercił się w miejscu, niezadowolony ze swojego garnituru.
Powietrze miało zapach gorącej, letniej nocy gdy Iris postawiła stopę na lądowisku. Droga prowadząca do drzwi wejściowych była zapełniona gośćmi, którzy wylądowali przed nimi. Z pozoru, z daleka, niczym nie wyróżniali się od tych uczęszczających na przyjęcia, które zwykle odwiedzała.
Daharis stanął obok niej, wychodząc jako pierwszy z promu gdy trójka kobiet znalazła się na zewnątrz. Bez słowa zaoferował jej swoje ramię, obrzucając spojrzeniem z gatunku tych mających na celu sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku.
Przymknęła oczy, na krótki moment odcinając się od bodźców i szmerów rozmów. Zostawiła gdzieś za sobą śmiech członków oddziału Dahairsa, a także jego intensywne spojrzenie, błądzące na granicy jej sylwetki otulonej sporą ilością materiału, a panoramą Nos Astry widocznej przez szyby.
Bywała uparta. Zawzięta. Zdeterminowana. Nie brakowało jej pewności siebie i odrobiny arogancji. Akceptowała konieczność dążenia do celu momentami po trupach, wierząc, że mimo wszystko wybór mniejszego zła bywa konieczny. Brakowało jej jednak kluczowej dla obecnej sytuacji umiejętności; kłamała jak z nut, jednak nie potrafiła oszukiwać samej siebie.
Nigdy to się jej nie udawało.
Wyobraźnia mogła plątać jej figle. Mydlic oczy, przeplatając rzeczywistość z wspomnieniami niezliczonej ilości przyjęć, w których uczestniczyła jako Radna, ważnych wydarzeń, gdzie gościła, sby reprezentować Cytadelę. Pozornie, zgadzało się większość szczegółów. Ściśle określony plan, procedury na wypadek każdego zdarzenia, zwłaszcza nieproszonych incydentów. Grono zaufanych osób. Specjalne zaproszenie.
Tyle że nie otaczali ją ani żołnierze Przymierza, ani funkcjonariusze SOC, nie było z nią dygnitarzy, przedstawicieli ziemskiej ambasady, członków jej najbliższego grona doradców.
Znajdowała na statku SST. Z ludźmi Sojuszu. Nawet, jeżeli Terminus tworzyły barwne, wykluczace się w swoich poglądach mniejsze oraz większe ugrupowania, końcem końców służyli SST.
[in]30[/iinZaakceptowali plan ataku na Mindoir. Wzieli w wiekszosci w nim udział.
Nie powinna o tym zapominać, nawet jeżeli ich życzliwość była niespodziewanym prezentem, a akceptacja obecności kogoś tak nierealnego jak Iris w ich szeregach wydawała się wypływać naturalnie.
Naprawdę byłoby łatwiej, gdyby nie musiała uważać tylko gości na przyjęciu, a nie zachowywać dystans również przed tymi siedzącymi razem z nią w fotelach promu.
Sprawdziła ułożenie maski, kolorowe, flueorestencyjne cekiny były jedną z wielu. Zadbała o naprawdę mocny makijaż, pojedynczy pieg nie miał prawa zostać zauważony z bliska, podobnie jak dwukolorowe teczowki, schowane za stalową szarością szkieł kontaktowych. Nie szukała kontaktu z Cassianem. Po tym, jak oceniła jego wilczą maskę jak kolejny mirage, raczej unikała jego wzroku, niż celowo go szukała. Popatrzyła na Lexi, odbierając od niej słuchawkę. Założyła urządzenie, drogie kolczyki i odsłonięta, łabędzia szyją dodatkowo odciągały wzrok od słuchawki bezpiecznie spoczywającej na swoim miejscu.
- Dzięki. Rejestruje każdy dzwiek, czy muszę ją najpierw włączyć? - dopytywała. Przez chwilę podziwiała odważna kreacje różowowłosej, a kiedy ta odwróciła się, aby wrócić na fotel, puściła Barnesowi perskie oczko. Zauważyła już wcześniej jego maslane oczy wlepione w zgrabne nogi inżynier. Absolutnie mu się nie dziwiła, było na co popatrzeć.
Odpięła pas dopiero, kiedy prom miękko osiadł na lądowisku. Odnotowała w pamięci widoczne w tle przejście łączące oba drapacze chmur, a także krótką wymianę informacji.
- Dlatego ufam, że nie zawiodę się obsługą gości - wtrąciła, nie precyzując swojego życzenia.
Wstała, kierując się do wyjścia. Pomimo duchoty, odetchnęła pełna piersią po znalezieniu się na zewnątrz. Nie czuła chłodu mimo nagich ramion i w wiekszosci odkrytych pleców. Nie miała ze sobą zadnego płaszcza, ani peleryny. Wyjątkowo nie chciała sie chowac przed spojrzeniami innych, jak wedlug oczekowań zrobiłaby to Radna Fel na jej miejscu. Puściła tren, pozwalając, aby wiatr rozwiewał na boki cienki, błyszczący materiał. Podeszła do Cassiana, ujęła jego ramię, tym razem jej dotyk był pewien. Władczy. Podobnie jak sylwetka Iris. Popatrzyła na niego z góry, z wyższością, z którą zamierzała oceniać inne persony zgromadzone na przyjęciu. Nie znalazł w jej oczach zawahania, czy niepewności.
Była gotowa.
Zamierzała wkroczyć do jaskini lwa z wysoko podniesioną głową.
Jak do siebie.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Zwykle widywała Nos Astrę w innych okolicznościach. Miasto miało dość szemraną renomę w przestrzeni Rady - podobnie jak na Noverii, wiele rzeczy niezgodnych z prawem ustanowionym przez Radę było tutaj legalne - jak większość narkotyków czy obwarowane obostrzeniami niewolnictwo, nazywane tutaj przymusowo-dobrowolną pracą. Szemrane interesy zwykle prowadzone były w białych rękawiczkach, lecz nieskazitelny obraz pięknych ulic Nos Astry chował często zatrute wnętrze.
Illium stanowiło pewien kompromis między galaktyką, którą Iris nazywała swoim domem, a kompletnie obcymi jej systemami Terminusa. W tym miejscu te dwa światy łączyły się w jeden, a brutalność serca okalał biały welon pozorów.
- Słucha cały czas. Więc uważaj na to, co mówisz! - odpowiedziała jej różowowłosa, puszczając jej oczko podobne do tego, które Fel chwilę później puściła do Barnesa. - Nie no, możesz wyłączyć nadawanie, ale sugerowałabym tego nie robić.
Nim jeszcze blondynka splotła swoje ramię z męskim, Lexi wyciagnęła do niej rękę, zwracając na siebie uwagę. Dłoń dziewczyny zacisnęła się lekko na jej przedramieniu w niemożliwym do zignorowania, lecz w miarę nienachalnym geście.
- O i, Iris - zaczęła niezgrabnie, przygryzając wargę gdy zastanawiała się nad poprawnym sformułowaniem następnych słów. - Nie wszyscy z Sojuszu popierają to, co stało się na Mindoirze.
Wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Yasmin pociągnęła ją za rękę do tyłu nie chcąc, by wchodzili do środka jako jedna, wspólna grupa. Jak blondynka zauważyła po chwili, oddział Daharisa powoli rozproszył się - część zwolniła, mieszając się z tłumem, część ruszyła do środka jako pierwsza. Gdy wraz z Cassianem znaleźli się w drzwiach prowadzących do środka, nawet różowe włosy Lexi zniknęły w tłumie zamaskowanych gości.
Wyświetl wiadomość pozafabularną
Sala galowa opływała w blichtr, lecz niektóre barwy złota świeciły jaśniej niż inne. Najemnicy Zaćmienia stojący przy wejściu przyglądali jej się z uwagą gdy wchodziła do środka w akompaniamencie mężczyzny o wilczej masce. Ich wzrok był palący, jakby dostrzegali to, co chowała jej zdobiona maska ale gdy jej serce przyśpieszyło rytmu, wzrok ochroniarzy przeniósł się z niej na następne, idące za nimi osoby, a Zaćmienie zostawiło ją w spokoju.
Wewnątrz sali panował półmrok. Subtelne, miękkie światło spływało po grubych kolumnach podtrzymujących wysokie sklepienie. Sufit sali był przeszklony - ukazywał atłasową czerń nieba upstrzonego gwiazdami, po którym sporadycznie migotały przemykające nad nimi promy jak małe, sztuczne świetliki. Patrząc na przestrzał, na samym końcu pomieszczenia tkwiło wielkie, łukowe wyjście na wychodzący na zewnątrz taras. Przez nie, do środka wpadał ciepły, letni wiatr, a Fel dostrzegła panoramę Nos Astry i pnące się ku nocnemu niebu wieżowce.
- Spróbuję znaleźć jakiś panel dostępu. Może uda mi się dostać do monitoringu, albo co najmniej listy gości - głos Lexi odezwał się w jej słuchawce gdy wkraczała wraz z Cassianem do środka sali.
- Na razie nie widzę naszego celu - dodała Yasmin, a zaraz po niej, potwierdzenie, krótkie, nadeszło od wszystkich innych członków zespołu.
Kolumny dzieliły pomieszczenie na środek, oraz peryferia. Pod samymi, grubymi konstrukcjami umieszczono okrągłe bary, przy których gromadzili się chęci na napitek goście, zaś za kolumnami widniały dwie arkady pełne stolików. Część z nich była zapełniona, część nadal pusta - najwyraźniej większość osób nadal bawiła się na środku.
Środek bowiem był parkietem.
Gdy goście Nassany wirowali w tańcu, ich maski błyszczały w półmroku w faerii barw i odcieni. Stojąc na peryferiach, Fel dostrzegała mnogość - mnogość wszystkiego. Turian, asari, kilku krogan, a nawet batarian dobranych w pary, trójki, bądź próbujących tańczyć samemu. Eleganckie ubrania i suknie skrojone w stylu każdego zakątka Galaktyki. Wyrafinowane i subtelne ruchy asari, jak i dzikie pląsy krogan wyglądających, jakby autentycznie bawili się świetnie.
Cassian przystanął, przez chwilę również przyglądając się temu widowisku. Dopiero po krótkiej chwili zorientowała się, że jego głowa obróciła się w bok, a wzrok przeniósł na nią gdy ona jeszcze oglądała pozostałych.
- Zatańcz ze mną - poprosił cicho, a jego ramię wyplątało się z ich wspólnego uścisku by odsunąć, a zaraz potem jego dłoń uniosła w górę. Dostrzegła zawahanie w jego oczach, po którym pośpiesznie dodał: - Powinniśmy wtopić się w tłum.
Słowa Lexi uderzyły w nią jak biotyczny pocisk, zmuszając do krótkiego, lecz znaczącego zawahania. Nie wszyscy z Sojuszu…
Oczywiście, że nie wszyscy. Wiedziała o tym. Ale usłyszeć to tutaj, w takich okolicznościach, od niej - czyli żołnierza Sojuszu - ... To było coś innego. Coś niespodziewanego.
Jej palce lekko zacisnęły się na ramieniu Cassiana, jakby instynktownie szukała punktu oparcia. Nie odpowiedziała. Nie była pewna, czy w ogóle powinna.
A jednak, przez krótką chwilę, zanim Yasmin porwała Lexi w tłum, Iris spojrzała jej w oczy i pozwoliła, by ta zobaczyła coś, czego nie wyraziła słowami – cień zaskoczenia, a także i zrozumienia. Nie przebaczenia. Nie zapomnienia. Ale świadomości, że ktoś po drugiej stronie naprawdę potrafił spojrzeć dalej niż rozkazy i polityczne układy.
Obcasy uderzyły mocniej o posadzkę, kiedy przeszła obok ochroniarzy Zaćmienia, udając oczarowaną wystrojem, a ich zwyczajnie ignorując. Znała ten rodzaj bogactwa – afiszujący się, demonstracyjny, nieszczery. Przepych służył tu temu samemu celowi, co maski na twarzach gości. Był zbroją i narzędziem. Iluzją prestiżu. Mydlącym oczy miragem, rozbrajającym najmniej groźnych przeciwników na samym wstępie. Fel pozwoliła sobie na krótkie spojrzenie w górę, w ten świat poza złudzeniem luksusu, odciętym od nich wymownie przez gruby, przeszklony dach.
Wciągnęła cicho powietrze, zerkając na cienie tańczące na skraju maski Cassiana. Zatańcz ze mną.
Dłoń mężczyzny zawisła w powietrzu, gest zawieszony pomiędzy pytaniem, a rozkazem; między nadzieją, a koniecznością. Użył właściwego słowa. Powinniśmy. Obowiązek, nie pragnienie. Rozsądek, żadne kaprys, czy potrzeba wyrwana okowom wiecznej kontroli w ostatniej sekundzie przed stłamszeniem, aby wybrzmieć i w w końcu zwrócić na siebie uwagę.
Jej spojrzenie łagodnie prześlizgnęło się na wysokość stalowoszarych tęczówek Daharisa.
Zawsze był pewny siebie. Ale teraz ta pewność była zdecydowanie fasadą. Znała go zbyt dobrze. Za dobrze. Chcąc nie chcąc musiała mu przyznać, że zgrabnie potrafił balansować na granicy nonszalancji i profesjonalizmu, ale na jego nieszczęście widziała coś, czego inni nie dostrzegali, bądź on sam nie pozwalał im zauważyć; cień emocji kryjący się w liniach jego ust, ledwie dostrzegalne napięcie ramion, podskórne oczekiwanie. Może nawet nadzieja.
Uparcie nie opuszczał dłoni.
Mieli jeden cel na dzisiejszy wieczór. To czynił z nich sojuszników tylko na chwilę, na tu i teraz, ponieważ układ polityczny nie znał lojalności – tylko korzyści. Wiedziała, że nie powinna. Że nie mogła. Nie z nim. Nie tutaj. A jednak jakaś część niej – ta część, która nie bała się igrać z ogniem, ta część, która od zawsze szła pod prąd – kazała jej wyciągnąć dłoń.
I na kilka wydartych ponurej rzeczywistości chwil zapomnieć.
Nie o implancie w jego głowie, czy Breznievie. Nie o wrogach wokół nich, polityce, Nassanie i żmii. Nawet nie o własnym rozsądku, który krzyczał, że to zbyt niebezpieczne, zbyt osobiste, zbyt… realne.
Ale o tym, jak bardzo nie powinna czuć tego, co czuła.
To nie strach, ani bliskość ludzi sympatyzujących z Sojuszem odpowiedzialny był za szaleńcze tempo bicia jej serca.
Niech będzie.
Ta noc i tak nie miała prawa się nigdy wydarzyć.
Z precyzją, którą wypracowała latami politycznych intryg, ujęła rękę Daharisa. Ciepło jego skóry wywołało dreszcz, który w ostatniej chwili zdołała zamaskować subtelnym ruchem ramienia.
- Chcesz wtopić się w tłum? - zapytała cicho, pozwalając, by prowadził ją w stronę parkietu. - Cóż, postaraj się nadążyć.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Uścisk jego dłoni gdy podała mu własną nie miał nic wspólnego z powinnością.
W tym świetle ich oczy zdawały się mieć ten sam kolor gdy ruszyli w stronę parkietu. Soczewki zakrywały charakterystyczny kolor jej tęczówek, podczas gdy półmrok odzierał jego zwykle bladoniebieskie spojrzenie z kolorytu, pozostawiając po sobie stal. Metal przywodził na myśl chłód, ale mogłaby przysiąc, że gdy skierował się w stronę parkietu z jej dłonią we własnej, ta sama stal niespodziewanie nabrała ciepła.
W tłumie mogli być każdym, jak i nikim - byli anonimowi. Obserwator z zewnątrz widziałby jedynie dwójkę ludzi - wysokiego mężczyzna w masce przypominającej wilka, niższą od niego kobietę o długich blond falach opadających na jej odkryte plecy. Jego garnitur i doskonale skrojona, zielona suknia wydawały się z tego samego sklepu, uszyte na tę samą modłę. Gdy wyszli na parkiet, ruchy ich obojga wyglądały na wyważone, opanowane.
Jedynie spoglądając przez pryzmat wiedzy o tym, kim byli naprawdę, Fel dostrzegała kontrast.
Ta chwila była tym samym, czym było Illium - blichtrem, pozorem przykrywającym prawdziwą naturę. Gdy była radna Cytadeli ujęła dłoń oficera Sojuszu Systemów Terminusa, wkroczyli na to terytorium pomiędzy. Stali się brutalnością, owiniętą w welon jej gładkich blond włosów.
Mężczyzna z nagrań, które oglądała na pokładzie swojego okrętu w drodze na Księżyc wydawał się stworzony jedynie do walki. Widziała sposób, w jaki to robił - przekształcał się w maszynę, prącą do przodu na przekór wszystkim przeciwnościom. Widziała, z jaką łatwością wymierzał uderzenia bądź naciskał na spust, mieszając musztrę wojskowości z instynktem przemocy wyciągniętym rodem z Omegi, której nigdy nie widziała na żywo.
Ale mężczyzna, który zatrzymał się w pewnym miejscu parkietu i zwrócił w jej stronę zdawał się być tego przeciwieństwem. Gdy ujął jej talię ramieniem, w jego ruchach czaiła się delikatność - a gdy ruszyli do tańca, pojawiła się w nich gracja idealnie pasująca do garnituru skrojonego na jego sylwetkę, a zarazem tak obca dla pancerza, który zwykle miał na sobie.
Wyzwanie rzucone mu przez kobietę pozostawiło na jego ustach szelmowski uśmiech. Porywając blondynkę, zanurzył ich w muzyce smyczkowej, wygrywanej przez schowaną na półpiętrze w rogu orkiestrę. Dwie sylwetki zawirowały w tańcu, odnajdując w nim doskonałą harmonię - wyczuwała, jak prowadził ją pewnie pośród innych, kręcących się wokół par, a zarazem odpuszczał gdy zapragnęła sama wykonać obrót, bądź skierować się w inną stronę.
Kątem oka widziała przebłyski tego, w jakim miejscu się znajdowała. Krogan o paskudnych bliznach wystających spod eleganckich garniturów. Asari o drapieżnych spojrzeniach i równie niebezpiecznych stylizacjach. Turian bardziej nawykłych do wojny niż tańca.
Ale mężczyzna, którego dłoń spoczywała na jej talii, nie spuszczał z niej wzroku.
Muzyka poderwała się nagle, a on zareagował natychmiast. Poczuła, jak jej plecy wyginają się delikatnie do tyłu, a męski oddech omiata jej szyję.
- Nadążam? - mruknął pod nosem, prostując się gwałtownie - gdy z powrotem pociągnął ją w górę, wyprostowana znalazła się niebezpiecznie blisko męskiej sylwetki. - Możemy zwolnić.
Kłamał.
Jak wszyscy w tym miejscu.
Kłamał tak sprytnie i niewinnie, że niektóre z jego konfabulacji, dostrzegała dopiero po czasie. Jak wtedy, gdy na pokładzie Caelum, wytknął jej, że niewiele wspólnego ma z mężczyzna, który prześladuje ją w snach nad brzegiem jeziora. Albo, kiedy z westchnieniem obiecał, że również zamknie oczy i spróbuje się przespać, choć dobrze wiedział, że nawet nie podejmie tego wysiłku. Jeszcze wczoraj, w drodze na Ilium, stwierdził, że prawda, a konkretnie jej akceptacja, mogłaby ją zniszczyć.
Gdyby było jeszcze co niszczyć.
Kłamała nie mniej, co on. I była już naprawdę zmęczona udawaniem, że nie przeraża ją to, co wydarzy się po tym wieczorze.
Uśmiech, który zatańczył na jej ustach, był ledwie zauważalny; echo prowokacji, subtelne jak linia cienia rzucanego przez maskę na jej policzek. Bliskość, w jakiej się znaleźli, była niemal namacalna, zawieszona między wyzwaniem, a grą, którą oboje znali aż za dobrze.
- Zwolnić? - powtórzyła, smakując to słowo na języku. Udając niezdecydowaną. Tembr jej głosi wydawał się wibrować gdzieś między nimi, tuż nad skórą. Bliżej, niż powinien. Nie odpowiedziała, ale też nie zostawiła go bez odpowiedzi – jej dłoń na jego ramieniu nieco się rozluźniła, pozwalając mu poczuć pozorne ustępstwo, zanim zmieniła rytm, kierując ich kroki w subtelnym, przeciwnym kierunku.
Był czujny. Wyczuła to w niemal niedostrzegalnym napięciu jego mięśni, w sposobie, w jaki dostosował się do jej ruchu, nie oddając jednak całkowitej inicjatywy. Doskonały balans. Tańczyli jak na ostrzu noża; jedno poruszenie za daleko, jedno wytrącenie z rytmu, a maski mogłyby opaść.
Ich ruchy faktycznie zwolniły, jakby na chwilę wtopili się w rytm otaczających ich istot. Na zewnątrz wyglądali jak reszta – kolejna para na parkiecie, dwie sylwetki w rytmie muzyki. Ale Fel wiedziała, że to tylko kolejna iluzja, równie fałszywa jak blask sali bankietowej. Wokół nich świat żył własnym tempem. Śmiechy, brzęk kieliszków, półszeptane rozmowy o polityce i interesach. Kroganie, turianie, asari - figury na planszy, każdy z własnym, ukrytym celem.
A jednak w tej jednej chwili istniała tylko świadomość ciepła jego dłoni i tego, jak uważnie obserwował każdy jej ruch. Jakby była tu tylko ona.
Jakby stal w jego oczach odzwierciedlała płynne srebro, a nie metal karabinu szturmowego.
- Czasem warto zwolnić - dodał po chwili. Tym razem to ona poprowadziła, wykonując obrót, który zmusił go do lekkiego pochylenia głowy, by nie stracić równowagi. Nie pozwoliła mu jednak oddalić się na dłużej niż sekundę; gdy wróciła do pozycji, znów byli blisko, może nawet jeszcze bliżej niż wcześniej. Deptała dystans. Bezczelnie zawłaszczała sobie jego własną przestrzeń, opierając policzek o poły męskiej marynarki. Tonęła w zapachu bergamotki, który pomimo mnogości wrażeń sensorycznych, wydawał się być tu obecny i zaakcentowany specjalnie dla niej.
Taniec pozwalał na wiele. Wystarczyło tylko sięgnąć nieznacznie dalej, aby dłoń, która spoczywała na jego ramieniu, musnęła dyskretnie odsłonięta skórę na szyi mężczyzny. Nie chciała kontynuować tej rozmowy na głos, nie chciała też wyłączać słuchawki i odcinać się od wspólnego kanału. Kreśliła więc kolejne słowa w zagłębieniu jego szyi z czułością, która ją jawnie zdradziła. "Czasami warto się nie upierać."
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Choć ta chwila była tak niezwykła, jednocześnie żadna inna nie zdołałaby wtopić ich w otoczenie z podobną skutecznością. Zagęszczenie na parkiecie zwiększyło się w trakcie ich tańca, a wirujące pary otoczyły ich wielokolorowym, różnorodnym tłumem. Część z nich miała na twarzach maski, inna prezentowała swoje oblicza bez skrępowania - wszyscy jednak skupieni byli na sobie nawzajem i na rytmie, w którym poruszały się ich ciała.
Muzyka była głośna, żywa. Na swój sposób elegancka gdy wygrywała ją schowana gdzieś orkiestra, ale gdzieniegdzie w jej rytmie przebijały się drapieżniejsze nuty, czyniąc ją nieprzewidywalną i intensywną w odbiorze. Daharis dostosowywał się do tych podrygów, płynnie zmieniał tempo z szybszego w wolne, lawirując pomiędzy tańczącymi choć nie wyglądał, jakby w ogóle zwracał na nich uwagę. Jego spojrzenie zatrzymało się na stalowych tęczówkach gdy rozpoczynali swój taniec i nie oderwało od nich ani na chwilę. Gdy okręcała się w miejscu, wiedziona trzymającymi ją dłońmi, widziała z jaką uwagą na nią spoglądał.
Materiał czarnego, drogiego garnituru zmiął się lekko gdy odchyliła się do tyłu, by zaraz później przylgnąć do jego szyi. Reakcja mężczyzny była tak szybka, jak gdyby była zwykłym odruchem, a nie lepiej przemyślaną odpowiedzią. Gdy jej dłonie splotły się na męskiej szyi, jego własne zsunęły się w dół, wzdłuż linii kobiecej talii, bawiąc się krawędzią materiału odkrywającego niemal nagie plecy. Stali tak blisko, że ich klatki piersiowe się zetknęły i mogłaby przysiąc, że czuje przyśpieszone bicie drugiego serca tuż obok własnego. Wyczuła jego dotyk na swojej skórze w odpowiedzi na własne słowa - nim znów chwycił jej rękę, prostując gwałtownie. Tworząc dystans między nimi, dostrzegła szelmowski uśmiech na jego twarzy, a ze spojrzenia zniknęła mgiełka racjonalności, zwykle przykrywająca schowane w głębi emocje.
Gdzieś pomiędzy kolejnym przyśpieszeniem i nagłym zwolnieniem muzyki, subtelnym ruchem musnął dłonią powietrze - z początku ten ruch wydawał jej się przypadkowy, ale po chwili zorientowała się, że wyłączył własną słuchawkę. Uniósł dłoń, obracając ją wokół osi w nagłym przyśpieszeniu muzyki, do której włączyły się bębny - jak gdyby ktoś połączył elegancką symfonię z wojenną pieśnią.
- Przy czym się upieram? - spytał zawadiacko, przesuwając dłoń na jej odkryte plecy gdy rytm znów zwolnił, a mężczyzna pochylił się do przodu - wymuszając na jej ciele, by zrobiło to samo. Przytrzymując ją blisko siebie, niebezpiecznie zbliżył się do twarzy skrytej za maską, podczas gdy jej włosy kaskadą spływały ku ziemi. - Co chciałabyś, żebym zrobił? - mruknął w jej usta, z błyskiem wyzwania w spojrzeniu.
Tłum wokół nich pulsował w rytmie muzyki. Wirujące pary – mniej lub bardziej przejęte techniką, bardziej lub mniej świadome otoczenia - tworzyły wokół nich barwny korowód, w którym każdy detal był przesiąknięty blichtrem i grą pozorów. Cienie masek, połysk sukien, drapieżne spojrzenia skryte za warstwą nie zawsze przekonywującej iluzji; wszystko to było częścią rozgrywek, w których brali udział.
Tyle że w tej jednej chwili, w tym tańcu, Fel nie czuła się częścią tłumu.
Czuła dłonie na własnej skórze. Jego dłonie.
Czuła, jak wślizgują się pod krawędź sukni, jak podążają za linią jej pleców, odważnie, ale nie nachalnie. Jak nie pozwalają jej się odsunąć. A jednak, gdy jego ruchy przyciągały ją bliżej, wiedziała, że wcale jej nie więził. Był wyzwaniem. Odpowiedzią. Zachętą.
Czymś, za czym tęskni, choć nigdy tak naprawdę nie doświadczył.
W spojrzeniu Cassiana dostrzegła błysk, ten sam, który widziała już wcześniej wielokrotnie - nie ten, który świadczył o brutalności, ale ten, który zdradzał instynkt. Reakcję, podjętą zanim mózg zdążył ją przetworzyć. Decyzję wymykającą się okowom zdrowego rozsądku. Gdy przyciągnął ją bliżej, kiedy poddała się rytmowi i jego dłoniom, dostrzegła coś jeszcze.
Zawahanie.
Nieoczywiste, niemal niedostrzegalne, ale dla niej tak bardzo wyraźne.
Nie chodziło o to, co zrobi. Chodziło o to, czy powinien.
Mógłby powiedzieć cokolwiek. Wycofać się. Zaprzeczyć. Zagrać bezpiecznie. Ale Fel znała tę grę, która toczyła się pomiędzy ich dwójką już od momentu wejścia do eleganckiej restauracji we wraku okrętu Przymierza. Miała niepisana zasady, a jednak, instynktownie, oboje ich przestrzegali. Nie ważna była odległość, czy upływ czasu. Wracali za każdym razem do miejsca, w którym kończyli, choć momentami nie mogła się oprzeć wrażeniu, że tak naprawdę dreptali w miejscu. Jakby strach, czy inne irracjonalne powody nie pozwalały im przerwać impasu.
Faktycznie poczuć.
Obrót, do którego ją zachęcił, dał jej idealną okazję, aby wyłączyć również własną słuchawkę bez dodatkowego, przykuwającego oko jak niepasujący element ruchu. Nie zastanawiała się nad tym, czy postępują słusznie, zwłaszcza, kiedy niemalże wpadła w jego objęcia.
Palce ledwo musnęły jego mile wrażliwy na jej dotyk kark. Oddech - jego oddech - zatańczył po jej skórze, gdy przesunęła się bliżej. Byli w samym centrum parkietu, otoczeni ludźmi. Mogli być każdym. Mogli być nikim.
Ale w tej chwili byli jedynie sobą.
- Chciałabym wielu rzeczy, których nie mogę mieć - wyszeptała prosto w usta Daharisa, pozwalając, by słowa, które nie tak dawno wypowiedział do niej, wróciły teraz do niego z całą mocą. - Ale to, co chcę, nie ma znaczenia, nieprawdaż?
Nie czekała na odpowiedź. Nie dała mu czasu, by zaprzeczył; by zbudował dystans, otrzeźwiał, by wymyślił powód, dla którego nie powinien brnąć w to dalej.
Po prostu pozwoliła mu poczuć.
Jak bardzo chce.
Jak wiele chce.
Nie powstrzymała się, gdy przylgnęła do niego niemalże całym ciałem zagarniana przez zachłanne, męskie ramiona. Nie odsunęła się, gdy ich ruchy stały się ledwie wyczuwalne, bardziej oddechem niż tańcem. Nie przestała oddychać, gdy jej usta odnalazły jego - ledwie dotknięciem, subtelnym jak muśnięcie skrzydeł owada.
Pocałunek, który nie był ani prośbą, ani obietnicą.
- Nie za szybko? – wymruczała, odchylając się ledwie o milimetr, a jednak wystarczająco, by spojrzeć mu w oczy. - Nadążasz?
Zawahała się, ledwie dostrzegalnie w nerwowym przygryzieniu warg.
A potem uśmiechnęła się szelmowsko. Jak on.
- A może wolisz zwolnić?
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Półmrok pokrywał salę półprzeźroczystą zasłoną, zza której kolorowe i pstrokate kreacje otaczających ich gestii traciły na intensywności. Neonowe światło tańczyło na dwóch maskach, światłem podkreślając ich wypukłości i czernią oblepiając cienie. To w sercu tańczącego na parkiecie tłumu mogli odnaleźć wyczekiwaną chwilę prywatności. Tutaj, gdzie ostrożność nakazywałaby im schronienie się przed setką par oczu otaczającą ich z każdej strony, rozsądek podpowiadał, że nikt nie zwracał na nich uwagi. Każdy skupiony był na sobie, na muzyce sączącej się ze znajdującej poziom wyżej sceny, na rytmie, w którym wyginały się ciała i szerokich uśmiechach zrelaksowanych gości.
Słuchawka nie wydała z siebie żadnego odgłosu gdy subtelnym ruchem głowy ją wyłączyła. Nie wiedziała, czy wyłączony został tylko mikrofon, czy też przestała nasłuchiwać - od dłuższego czasu nikt się nie odzywał gdy reszta oddziału przechadzała się po przyjęciu w poszukiwaniu ich celu. Ruch pozornie niczego nie zmienił - a jednocześnie zamknął to jedno, uchylone okienko, które oddzielało ich od całkowitej kameralności.
Błysk zrozumienia objawił się w jego spojrzeniu na dźwięk odbitej piłeczki, słów, które powtórzyła za nim. Gdyby zawahała się na jeszcze chwilę, zauważyłaby, jak dołącza do niego odrobina trzeźwości. Jakby wbrew murom, które wybudował wokół siebie, dystansowi, który tak pieczołowicie pielęgnował i na który powracał za każdym razem, gdy sytuacja zbliżała ich do siebie, upajając się jej bliskością pozwalał, by te bariery opadły. By zniknęły w odmętach natłoku myśli podobnie jak wszystkie racjonalne argumenty stojące za tym, by oderwał od niej dłoń, by przestali tańczyć i skupili się na tym, po co tutaj przyszli.
Tym razem okazała się szybsza niż kubeł zimnej wody, który zawisł gdzieś nad ich głowami. Wyprzedziła jego myśli, otępiałe dotykiem jej skóry, spowolnione jej zapachem wypełniającym przestrzeń między nimi. Gdy przylgnęła do jego ciała, jego ramiona odruchowo zamknęły się na jej sylwetce, choć ciało zamarło - niemal zapominając o tańcu, w którym mieli uczestniczyć. Muzyka znów przyśpieszyła, zerwała się gdy oni zastygli, a usta kobiety musnęły jego własne. Wyczuła szaleńczy rytm serca przy własnej klatce piersiowej, wdech, który zamarł w męskiej piersi gdy znalazła się tak blisko, zbyt blisko. Z jego gardła wydarło się ciche mruknięcie przepełnione frustracją. Dostrzegła, jak zmarszczył brwi pod swoją maską, w pierwotnym odruchu niezadowolenia gdy odsunęła się odrobinę tylko po to, by obdarzyć go szelmowskim uśmiechem. Ten sam nie objawił się na jego twarzy - w napięciu jego barków wyczuła, że za wszelką cenę starał się ustać w miejscu, nie pozwolić sobie zrobić czegoś głupiego.
Jedna ręka ześlizgnęła się z jej talii gdy błyszcząca w jego spojrzeniu potrzeba zwyciężyła z rozsądkiem. Musnął dłonią jej podbródek, ujmując go, unosząc go wyżej - bliżej. Nie pozwalając, by znów nakreśliła między nimi dystans, którego zwykle strzegł z takim oddaniem.
- Nie wiesz, o co mnie prosisz - ciche słowa ledwie przebiły się przez muzykę otaczającą ich na parkiecie mimo tego. Wyczuła, jak kciuk musnął jej dolną wargę, ostrożnie, czule. Jego własne znajdowały się zaledwie centymetry dalej, gdy mężczyzna pochylił się, wychodząc jej uniesionej twarzy na spotkanie. Dostrzegła, jak rozchylił je, chcąc powiedzieć coś jeszcze - powiedzieć lub zrobić.
- Znalazłam Brezneva! - radosny komunikat w ich słuchawkach sprawił, że sylwetka stojącego naprzeciw niej mężczyzny zastygła, do oczu dotarło nagłe zrozumienie tego, jak blisko się znaleźli. - Wychodzi na balkon. Ja chyba znalazłam punkt dostępu. Potrzebuję dwójki osób do odwrócenia uwagi ochrony. Albo jednej zdolnej...
Daharis puścił jej podbródek, powoli, spokojnie, jakby mimo tego zimnego kubła wody, który na nich spadł, nadal wahał się przed powrotem do rzeczywistości. W bladoniebieskich tęczówkach błysnęła nieodgadniona emocja.
- Pomogę ci z ochroną - zaoferowała Yasmin, nieświadoma sytuacji, jaką obie przerwały. - Ale ktoś musi iść po tamtego cwela. Nie możemy go zrzucić po prostu? Balustrada jest dość niska...
- Ja już nie proszę - mruknęła.
Uścisk na jej podbródku był ledwie odczuwalny, niemal czuły w kontraście do siły, jaką zwykle wkładał we wszystko, co robił. Nie przypominał żołnierza, który miażdżył przeciwników, nie był kapitanem, który rozkazywał innym. W tej sekundzie, w tym zawieszeniu, stał się kimś innym. Kimś, kto równie mocno, co jej ciało, chciał jej obecności.
Znała jego spojrzenie na pamięć. Widziała je, gdy kłócili się o taktykę, gdy analizował i decydował o kolejnych krokach, dopinając plan na dosłownie ostatni buzik. Ale to spojrzenie było inne. Jakby wszystkie maski, które nakładał, nie miały znaczenia. Jakby nie musiał już ich nosić.
Było w nim coś desperackiego, a jednocześnie powściągliwego. Tak, jakby cały Daharis próbował wytrzymać pod ciężarem czegoś, co mogłoby go złamać.
Jego usta znajdowały się tak blisko jej.
Powietrze wokół nich zdawało się być gęste, niemal lepka zawiesina nasycona niewypowiedzianymi słowami, skrytymi pragnieniami i tym, co mogło się wydarzyć… ale nie miało szansy. Rzeczywistość postanowiła sobie z niej ponownie zakpić. Dźwięk w słuchawce wdarł się w tę chwilę niczym ostrze wbijające się w tkankę. - Znalazłam Brezneva!
I po wszystkim.
Cisza między nimi, jeszcze przed sekundą tak pełna napięcia, nagle stała się pusta.
Cassian zamarł. Czuła, jak napina szczękę, jak jego palce sztywnieją na jej skórze, nim powoli, z wyczuwalnym oporem, pozwolił sobie ją puścić. Spojrzenie, które jeszcze przed momentem było miękkie, stało się twarde. Znów się zamknął. Znów przywdział zbroję, którą tak skutecznie zdjęła. Wychodzi na balkon. Ja chyba znalazłam punkt dostępu. Potrzebuję dwójki osób do odwrócenia uwagi ochrony. Albo jednej zdolnej...
Zagryzła wnętrze policzka.
Musiała wrócić do rzeczywistości, zanim sama pozwoli sobie na coś głupiego. Nie była jednak pewna, czy złość, która w niej buzowała, skierowana była na Yasmin i jej doskonałe wyczucie czasu, czy na samą siebie. - Pomogę ci z ochroną - odezwała się Yasmin, nieświadoma tego, co właśnie przerwała. - Ale ktoś musi iść po tamtego cwela. Nie możemy go zrzucić po prostu? Balustrada jest dość niska...
Iris zamknęła oczy.
Chciała się roześmiać. Gorzko.
Zamiast tego uniosła spojrzenie na Daharisa. Wciąż na nią patrzył. Może czekał, aż coś powie, może oczekiwał, aż odpuści. Może on też nie wiedział, co teraz powinien zrobić.
Zamiast słów, zacisnęła palce na jego dłoni na ułamek sekundy. Chwilę po tym, jak dyskretny ruch odgarnięcia z policzka kosmyków włosów włączył słuchawkę w jej uchu.
- Ja pójdę - odezwała się na wspólnym kanale, patrząc Cassianowi nadal prosto w stalowe oczy. - Może go obserwować więcej osób, a otwarta przestrzeń na tarasie pokaże im jak na dłoni kto się zainteresuje samotnym mężczyzną. Ja bym tak zrobiła, wystawiła się na cel i zobaczyła, kto połknie haczyk - dodała, materiał jej trenu układał się miękko, otulał ich w kokonie, skutecznie maskując ruchy, które coraz mniej zgrywały się z muzyką.
- Was, czy innych żołnierzy Sojuszu może się spodziewać, ale mnie na pewno nie. Pójdę do niego. Zajmę jego uwagę. Będziecie mieć więcej czasu, aby zorientować się, czy ochrania go ktoś jeszcze, czy nikt więcej nam się nie przygląda. Potrzebuje tylko paczki papierosów i zapalniczki. Miałeś chyba taką, prawda Barnes?- opuszkami palców przemknęła po wnętrzu jego ręki, wycofując ją niemalże od razu.
Nie pozwolili sobie na pocałunek, ale pozwolili sobie na to. Na ten niemy gest, w którym mogła zawrzeć wszystko, czego nie mogła powiedzieć.
To nie był koniec.
Nie pozwoli mu o tym zapomnieć.
Nie pozwoli też sobie.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Dobiegający z ogromnych wrót otwartych na balkon wiatr musnął jej skórę, jak gdyby przywołując w swoją stronę. Wtargnął pomiędzy ich dwójkę, pozostawiając dreszcz na odsłoniętej skórze. Mimo ponagleń w słuchawce, mężczyzna z trudem oderwał swoją dłoń od twarzy blondynki. Ciche westchnienie wydobyło się z jego ust, wstrząsnęło jego klatką piersiową - wtedy, gdy głośność muzyki zaczęła do nich docierać tak, jak wirujące wokół pary o obecności których wcześniej kompletnie zapomnieli.
Cassian wydawał się zbity z tropu, nieprzygotowany na powrót do świata, który nie mógł na nich zaczekać. Dostrzegła napięcie w jego szczęce gdy odsunął się wreszcie, ustępując jakiejś szalenie pląsającej asari, która otarła się o jego plecy nie zważając na nic dookoła.
Spojrzenie, którym odwzajemniał jej własne było intensywne. Oczy błyszczały po drugiej stronie maski, lecz dostrzegła w nich konflikt. Niema obietnica, że powrócą do rozpoczętego tematu ścierała się z całkowitym profesjonalizmem, z którym próbował skupić się na tym, co teraz ich czekało.
- Uhm, okej - odrzuciła do słuchawki zaskoczona Lexi i Fel mogła niemal wyobrazić sobie jej minę. - Breznev pewnie będzie z jakimiś ludźmi. A tak w ogóle to jest paskudny typ. Naprawdę, nie musisz tego robić.
Ostrzeżenia padające przez słuchawki sprawiły, że Daharis zmarszczył brwi, jakby i do niego docierał sens jej słów, oraz wszystko to, kim był człowiek, z którym blondynka chciała się spotkać.
- Lepiej ona niż my - obojętne słowa brunetki również odzwierciedlały jej podejście względem Fel, ale też trzeźwość myślenia, której dziś wyjątkowo Daharisowi brakowało. - Któreś z nas może rozpoznać.
- A co jak rozpozna ją? - odrzuciła natychmiast ta druga.
- Uwierzyłabyś, że była radna Cytadeli paraduje sobie tak o, na imprezie Nassany Dantius?
Sprzeczka kobiet nie pozostawiała nawet miejsca Iris na wypowiedzenie się. Gdzieś między ich słowami, dotarło do niej potwierdzenie od Barnesa, którego też dostrzegła chwilę później - siedzącego przy barze, obserwującego parkiet w nonszalancki sposób.
Cassian wyglądał, jakby za wszelką cenę walczył ze sobą - ale odbyli już tę rozmowę wcześniej, na dachu ich apartamentowca. Pozwolił jej przyjść na to przyjęcie i dostrzegł przewagę, którą mogła im zaoferować.
Co nie oznaczało, że miał wypuścić ją lekko.
- Uważaj na siebie. - jego dłoń zacisnęła się na kobiecym nadgarstku gdy ruszyła w kierunku baru, chcąc wcielić swój plan w życiu. Dostrzegła zmartwienie po drugiej stronie wilczej maski. - Obiecaj mi, że jeśli ktoś cię rozpozna, natychmiast mnie znajdziesz.
Gdyby tylko mieli kilka sekund więcej, gdyby nie padły te słowa w słuchawce, mogłaby poczuć jego usta na swoich choćby przez jeden, urwany oddech. Mogłaby dowiedzieć się, jak smakuje to, co tak długo było poza jej zasięgiem.
Ale nie.
Zamiast ciepła jego oddechu poczuła chłód. Powietrze z zewnątrz wtargnęło do sali, niosąc ze sobą powiew rzeczywistości, od której na kilka uderzeń wyrywającego się z klatki piersiowej serca udało im się uciec. Wciąż czuła na skórze ledwie wyczuwalne ciepło jego dłoni, choć ta już dawno się odsunęła. Zanim jednak zniknął między pląsającymi sylwetkami, dostrzegła w jego oczach ten sam niedosyt, który ścisnął jej wnętrze niczym zbyt mocno zaciśnięta pięść.
Niemal zapomniała, jak głośna była muzyka, jak wokół nich tańczył tłum – zupełnie jakby ich świat zamknął się w wąskiej przestrzeni wyznaczonej linią jego ramion i bliskością ciał. Teraz ta iluzja prysła, a rzeczywistość wdarła się do niej ze zdwojoną siłą.
Lexi i Yasmin wciąż wymieniały się uwagami w słuchawkach, nieświadome tego, że wdarły się między coś, co mogło się wydarzyć, ale nigdy nie miało szansy sięgnąć swojego finału. Fel oderwała wzrok od mężczyzny. Nie zamierzała się zdradzić, choć w głębi siebie czuła coś na kształt żalu – tego samego, który towarzyszy człowiekowi, gdy budzi się z pięknego snu w najciekawszym momencie. Zaciągnęła się powietrzem, przepełnionym zapachem alkoholu, perfum i ciepłego dymu unoszącego się nad parkietem.
Zniknęła woń bergamotek.
Powoli ruszyła w stronę baru. Zgrabnie manewrowała pomiędzy parami, prowadząc siebie i mężczyznę do wygodnie rozpostartego na krześle Barnesa. Jego palce niespodziewanie zacisnęły się na jej nadgarstku – nie mocno, nie brutalnie, a jednak z wystarczającą siłą, by zatrzymać ją w miejscu. By przypomnieć, że choć pozwolił jej tu być, nie oznaczało to, że przestał się martwić. Skóra pod jego dotykiem zdawała się nagle gorętsza, jakby zostawił na niej ślad, który nie zniknie tak łatwo. Odwróciła głowę i spojrzała na niego – na to napięcie w linii szczęki, na oczy skryte w cieniu wilczej maski.
Zmartwienie.
Wyraźne jak nigdy dotąd.
Wcześniej w jego oczach widziała przede wszystkim podejrzenie, dystans, analiza. Teraz było coś innego. Coś bardziej osobistego.
Nie od razu odpowiedziała. Pozwoliła, by chwila zawisła między nimi, jakby przeciągając moment, w którym jego dłoń wciąż na niej spoczywała. Następnie uśmiechnęła się – lekko, bez cienia obietnicy, której tak bardzo chciał.
– Nie musisz się martwić – powiedziała głosem lżejszym, niż się czuła. – Nikt mnie nie rozpozna. Zadbam o to.
Delikatnie, niemal z czułością, odwróciła swoją dłoń pod jego palcami, by na sekundę spleść ich palce, jak gdyby nie był to gest pożegnania, a coś więcej – przypomnienie, że ona tu jest, że on tu jest. A obietnica czająca się w jego spojrzeniu zdecydowanie powinna wygrać ze zdrowym rozsądkiem. Choć ten jeden, jedyny raz.
A potem wysunęła się z jego uścisku.
Przechodząc obok Barnesa, wyciągnęła dłoń, aby podał jej paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Tak uzbrojona ruszyła prosto na balkon w jednym, konkretnym celu.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Pomimo tego, że chwila bliskości między nimi skończyła się tak gwałtownie, przedwcześnie, mężczyzna odruchowo podążył za nią w stronę baru i zatrzymał ją w miejscu, chwytając za nadgarstek. Fel poczuła na sobie spojrzenia niektórych gdy zatrzymała się blisko baru, odwracając z powrotem w stronę mężczyzny o obliczu przykrytym maską.
Z baru dobiegały ją odgłosy rozmów, przebijające przez muzykę. Stukot szklanek i butelek, gryzący zapach dymu papierosowego mknący w stronę otwartego wyjścia na zewnątrz. W dali, pod arkadami za kolumnami podtrzymującymi sklepienie, w mroku czaiły się schowane stoliki, a przy nich zamknięte towarzystwa, niechętne do wyjścia na parkiet.
Odpowiedź Fel została podchwycona przez mężczyznę, ale wyczuła, że nie była taka, jakiej oczekiwał. Jego palce zacisnęły się mocniej gdy chciała się wyswobodzić, ale napotykając jej opór, na powrót rozwarły się, pozwalając jej ruszyć do baru.
Barnes wyglądał na pogrążonego w lekturze omni-klucza. Jego marynarka była rozpięta, w szklance miał jakiś przeźroczysty płyn, który być może był zwykłą wódką bądź czymś podobnym. W jego ustach tkwił papieros i choć wyglądał na pochłoniętego swoim urządzeniem, dyskretnie i natychmiast podał jej paczkę papierosów oraz zapalniczkę gdy przechodziła.
Dopiero odchodząc od baru, spostrzegła, że lawirując wśród tłumu ludzi, Daharis wciąż tkwił przy jej boku.
- Skoro nie potrafisz obiecać tak prostej rzeczy to idę z tobą - wyjaśnił ostentacyjnie gdy znaleźli się na krawędzi parkietu, zmierzając w stronę wyjścia. Uchylił poła swojej marynarki, sięgając do środka ręką - gdy ją wyjął, w dłoni miał własną paczkę papierosów, zupełnie innej marki. - Będę trzymał się na dystans, ale nie zamierzam spuszczać cię z oka.
Jeśli zatrzymała się w miejscu, bądź zerknęła za siebie, dostrzegła, że ten sam upór pojawił się w szczelinach jego maski. Daharis, swoją posturą i wzrostem, wyróżniał się znacznie bardziej z tłumu niż ona. Mimo tego, najwyraźniej w jego słowach nie było czystej pogróżki bo nawet, jeśli usiłowała go przetestować, nadal parł za nią do przodu.
Przesunęła spojrzeniem po barze. Kolorowe refleksy tańczyły na lśniącym blacie, odbijając się od szkła i butelek. Ułożone w schludnym porządku alkohole zdawały się niemal śmiać z chaosu na parkiecie. Tłum przy barze gęstniał, mieszając ciała, zapachy i spojrzenia. Jakby wszyscy tu przyszli po to samo.
Zapomnieć. Zniknąć.
Zamrugała, kiedy przez ten tłum przebiło się jedno spojrzenie. Turianin w czarnej marynarce, z zawadiackim błyskiem w oku przyglądał się jej zaintrygowany. Uśmiechnęła się nieznacznie i puściła mu oczko, tak jak robiła to kiedyś, na bankietach, których nikt już nie wspominał. Czasem jeszcze wracały do niej obrazy tamtych przyjęć - śliskie podłogi z marmuru, zapach wykwintnego wina, sztywne gesty dyplomatów, które znała na pamięć.
Tylko wtedy wszystko było udawane.
Teraz... Teraz to była gra o zupełnie inną stawkę, o czym dobitnie przypominała jej dłoń mężczyzny zaciśnięta na jej nadgarstku. I nawet jeśli była przyzwyczajona do tego rodzaju fizycznego kontaktu - w negocjacjach, w biegu, w taktyce - to ten gest był czymś zupełnie innym. Dziwnie osobisty. Zbyt bliski.
Odwróciła głowę, patrząc na niego przez ramię. Nie musiała widzieć jego twarzy. Nie w tej chwili. Maska i półmrok skutecznie skrywały jego emocje, ale Fel znała wystarczająco dobrze napięcie milczenia, żeby je rozpoznać. Nie chciał, by szła. Ale przecież wcześniej się zgodził. Wcześniej zauważył, jaką przewagę mogła im dać. Więc skąd ta… wątpliwość? Co się zmieniło?
- Sądziłam, że masz do mnie na tyle zaufania, aby nie musieć oczekiwać obietnicy czegoś tak oczywistego - chłód otulił jej słowa, jak zimne powietrze nagie ramiona.
- Najwyraźniej się myliłam.
Sięgnęła po zapalniczkę i paczkę papierosów, które czekały na nią dokładnie tam, gdzie miały być. Palcami dotknęła chłodnego metalu i przez moment zawahała się. Od lat nie paliła. To był nawyk z innych czasów. Z poprzedniego życia. Zgarnęła przedmioty, dziękując Barnesowi w przelocie. Kątem oka widziała, że Cassian podąża za nią niczym cień, wydobywając z marynarki własną paczkę. Nie przypominała sobie, kiedykolwiek palił w jej towarzystwie.
Odezwała się dopiero, gdy poczuła jego obecność za plecami. Blisko. Zbyt blisko jak na to, do czego ją przyzwyczaił.
- Wiesz, że swoim uporem narazisz nas oboje?
Nie odwróciła się do niego. Nie szukała odpowiedzi. Zdecydowanie w jego oczach było znajome. Skupiła się na drodze przed sobą; na powolnych krokach, które miała postawić.
Na chłodnym powietrzu, które zaraz uderzy ją w twarz.
Na Breznevie, którego choć nie znała, podejrzewała, że od razu rozpozna. Mieli rachunki do wyrównania. Był jej winny kilka bezcennych chwil.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Pod wieloma względami ten bal przypominał wszystkie inne, na które zwykła uczęszczać jako radna Cytadeli. Wytworne kreacje mijanych gości, kurtuazyjne śmiechy i szczęk kieliszków wytwornych szampanów. Ale pod fasadą pozorów skrywało się drugie dno. Im dłużej przyglądała się wszystkim wokół, tym łatwiej było je dostrzec. Drapieżne tatuaże zdobiące twarze niektórych asari. Blizny na odkrytych ramionach czy plecach. Sztywne usposobienie tych, którzy tkwili na peryferiach, podpierając kolumny i obserwując zabawę innych. Nie potrzebowała dyplomatycznego nosa by dostrzec, że nie wszyscy zaproszeni nawykli do tego typu przyjęć. Mogłaby nawet wysnuć założenie, że nie wszystkim się ono podobało.
Mężczyzna wypuścił wreszcie jej nadgarstek. Choć jeszcze kilka godzin temu na dachu budynku zgodził się jej zaufać, teraz, gdy jej zielona suknia połyskiwała otoczona przez gromadę drapieżników, widać było po nim, że wcale nie czuje się taki pewny z jej obecnością na miejscu.
- Takie wymówki może działają w innej części galaktyki - odrzucił prychnięciem, instynktownie reagując na chłód w jej głosie. Gdyby zerknęła przez ramię, dostrzegłaby, że urwał, jakby zaskoczony własną reakcją - zaskoczony tym, że jej słowa trafiły na podatny grunt i wzbudziły jego reakcję. Znała go na tyle dobrze by wiedzieć, że niewiele osób zachodziło mu za skórę z pomocą tak niewinnego narzędzia, jak słowa.
Nie skomentował retorycznego pytania rzuconego w tył. Bardziej wyczuła niż dostrzegła, że oddalił się nieco. Spojrzenie na jej plecach straciło na intensywności, nie czuła już obecności drepczącego jej po piętach mężczyzny gdy ten wtopił się w tłum, kierując do wyjścia na balkon w pozornie innym tempie i nie do końca tym samym kierunku.
Wrota prowadzące na zewnątrz były ogromne - przepuszczając mnóstwo ludzi jednocześnie. Gdy Fel znalazła się blisko, ciepły, letni wiatr uniósł jej włosy złocistą kaskadą. Balkon przystający do wieży Nassany Dantius był równie wystawny jak sama sala. Na samym jego środku tkwił mały placyk z ozdobną instalacją świetlną. Po lewej stronie znajdował się bar oblegany przez ludzi. Pod balustradami posadzono żywopłoty, zza których migotało neonowe oświetlenie podświetlające krzewy na różowo.
Widok zapierał dech w piersiach. Wieże Dantius znajdowały się w samym centrum akcji - Nos Astra otaczająca je z każdej strony jednocześnie przytłaczała swoim rozmachem, jak i budziła specyficzne ukojenie swoim jednostajnym rytmem poruszających się promów i migoczących reklam.
Śmiech wzbudził jej zainteresowanie. Głośny, tubalny, męski, brzmiał na śmiech kogoś, kto zwracał na siebie uwagę.
- Przed tobą, po prawej. Stoi z dwójką ludzi. - głos Cassiana odezwał się w jej słuchawce, potwierdzając przypuszczenia.
Przy samej balustradzie, Ivan Breznev prowadził rozmowę z turianinem i towarzyszącą mu asari. Miał na sobie standardowy, niewymuskany garnitur, w dłoni zaś trzymał szklankę z czymś mocnym. Jego towarzysze wydawali się znać go bardzo dobrze, trzymali się przy nim luźno, choć asari sporadycznie odwracała się, skanując otoczenie wzrokiem. Miała bliznę przecinającą tatuaże, idącą od prawej skroni aż po nos.
Nie spojrzała. Nie tym razem. Słowa Daharisa, choć wypowiedziane miękko, niemal z troską, rezonowały w niej jak spróchniała nuta na zakończenie utworu, który nie miał prawa zabrzmieć dobrze. Wiedziała, że patrzy, choć nie czuła już na sobie jego wzroku. Nie musiała - znała go. Rozpoznałaby jego obecność w każdym tłumie. Lecz to, co ich łączyło, nie miało teraz znaczenia. Nie tutaj.
Odetchnęła głębiej, zbierając się w sobie, i ruszyła w stronę balkonu.
Uparcie towarzyszyło jej poczucie, jakby znajdowała się na Cytadeli i szła teraz tarasem jednego z budynków w Prezydium. Ale pod fasadą pozorów skrywało się drugie dno. Im dłużej przyglądała się wszystkim wokół, tym łatwiej było je to dostrzec. Drapieżne tatuaże zdobiące twarze niektórych asari. Blizny niedbale ukryte na ramionach i karkach. Sztywne usposobienie tych, którzy nie przyszli tu się bawić, tylko czekać. Obserwować.
[in]30[obraTakie obrazy widywała na mniej oficjalnych przyjęciach, które organizowano w cieniu Wieży Prezydium. Tam, gdzie nie było dziennikarzy. Gdzie politycy wymieniali się przysługami, a nie uśmiechami. Gdzie ustawy rodziły się wśród toastów i gróźb między jednym łykiem drogiego alkoholu a drugim.
Gdy tylko przekroczyła wrota prowadzące na balkon, powitał ją ciepły, letni wiatr. Uniósł pasma jej włosów w złocistej fali, która opadła z powrotem na ramiona wraz z jej wydechem. Kątem oka zauważyła spojrzenia niektórych gości. Nie dziwiła się - suknia, którą wybrała, była równie bezczelna, jak skuteczna. W tłumie mężczyzn i kobiet głodnych wrażeń nie wyróżniała się tak bardzo, jak można by przypuszczać, ale wyróżniała się wystarczająco.
Dotarła do balustrady bez pośpiechu, lecz z precyzją. Stając tuż przy niej, oparła się lekko biodrem i jednym ruchem sięgnęła po papierosa. Wsunęła go między usta, nie spoglądając na nikogo. Jej spojrzenie zatrzymało się na panoramie Nos Astra. Migoczące światła, wirujące statki, hałas miasta, który mimo odległości był obecny jak oddech spoczywający na karku. Zaskakujące, jak wiele potrafiło to miejsce przypominać Cytadelę. Ten sam puls, ten sam rytm. Zapalniczka rozbłysła krótko, zanim pojawił się ogień. Wzięła pierwszy wdech. Dym zatańczył w płucach, nim opuścił je wolnym, świadomym ruchem.
Nie poruszyła się słysząc głos Cassiana w słuchawce. Tak blisko, jak blisko jeszcze przed momentem szeptał na jej ucho. Nie zerknęła w ich stronę. Jedynie zauważyła obecność. Domyśliła się, który to Breznev. Czuć go było w powietrzu - jak zapach ciężkiego alkoholu i nieświeżego ego.
Nie naruszyła jego przestrzeni. Nie wykazała zainteresowania. Chwillwo wystarczyło, że istniała. Że znalazła się w jego polu widzenia. Że była tą nieznaną zmienną, której jeszcze nie miał czasu oszacować.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)
Rozpoznając go bez problemu w tłumie, zauważyła jak Cassian przemyka pomiędzy gośćmi. Poruszał się nieśpiesznym krokiem, wzrok mając skierowany w stronę baru jak każdy, kto wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza, a zarazem uraczyć się papierosem i napić czegoś orzeźwiającego. Nie patrzył już w jej stronę odkąd umilkł w słuchawce. Widziała, jak zajmuje wolne miejsce przy ladzie i ruchem dłoni przywołuje do siebie barmana, choć ze swojej perspektywy widziała wyłącznie plecy.
Breznev był niewysokim mężczyzną, ale roztaczająca się wokół niego aura była niemal przytłaczająca. Jego twarz naznaczona była zmarszczkami - ociosana, nie wydawała się stworzona do subtelności. Z niedaleka widziała jego rozmierzwione włosy i nieogolony policzek. Garnitur, który miał na sobie, był elegancki, ale maniera mężczyzny przypominała tą, którą widywała u wojskowych. Gdy żartował ze stojącym obok turianinem, mimo pozornego rozbawienia jego uśmiech nie sięgał oczu i chłodnego spojrzenia. Leniwie przemknął wzrokiem po Fel gdy stanęła obok, chwilę później nachylając się do asari, która szepnęła mu coś na ucho.
- Udało mi się wejść do systemów - głos Lexi odezwał się w jej uchu gdy wciągała do ust gryzący dym. - Nie ma tego wiele. Niedługo zaczyna się jakaś powitalna ceremonia. Breznev przybył z piątką ludzi. Na kamerach widzę, że dwójka z nich jest z nim teraz na balkonie. To znaczy, że reszta krąży.
W tle, daleko przy barze, dostrzegła, jak jakaś brunetka przysiada się na wolnym miejscu obok Cassiana, zamawiając dla siebie drinka.
Papieros rozżarzył się lekko przy jej ustach, kiedy zaciągnęła się po raz kolejny, pozwalając gryzącemu dymowi wypełnić płuca. Czuła, jak mięśnie ramion i karku powoli się rozluźniają, choć serce wciąż biło miarowo, nieco szybciej niż zazwyczaj. Przypominała sobie wszystkie te chwile, w których robiła dokładnie to samo - na tarasach ambasad, przy podświetlonych bulwarach, z drinkiem w jednej dłoni i raportem bezpieczeństwa w drugiej. Papieros był czymś więcej niż nawykiem. Był rytuałem, momentem wytchnienia między jedną decyzją a kolejną, pozwalającym ukryć myśli pod maską dymu.
Z pozoru oderwana od świata, ale przecież właśnie teraz - i właśnie w taki sposób - działała najskuteczniej.
Cisza, przerywana tylko odległym śmiechem i szmerem rozmów, objęła ją z ulgą. Delikatny wiatr igrał z pasmami jej włosów, unosząc je lekko, niczym coś nieuchwytnego i wolnego. Zielony materiał sukni falował subtelnie, migocząc w świetle ledowych girland, które okalały balkon. Zdawała się kompletnie nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół - i właśnie wtedy, dokładnie wtedy, gdy zsunęła wzrok na żarzący się koniuszek papierosa, podniosła go na powrót.
Zrobiła to naturalnie. Bezwiednie. Z idealnym wyczuciem czasu.
Nie było tu miejsca na przypadek. Wyłącznie chłodna kalkulacja. Doświadczenie. Ich spojrzenia przecięły się w pół drogi. Zderzyły się z siłą, której nie zamaskowałby żaden flirt ani uprzejmy uśmiech. Nie poruszyła się. Nie uniosła nawet brwi. Jej twarz była niewzruszona, chłodna, a zarazem intrygująco spokojna. Utrzymała kontakt wzrokowy, jakby rzucała mu wyzwanie - bez słów, bez gestów. Tylko spojrzeniem. I nie odwróciła go nawet wtedy, gdy asari u jego boku nachyliła się i coś wyszeptała mu na ucho. Wręcz przeciwnie. Zaciągnęła się papierosem ponownie, powoli, po czym pozwoliła, by dym wydostał się spomiędzy jej ust wolno, teatralnie wręcz, jakby wbrew wszelkiej kurtuazji. W tym geście było coś... wyzywającego, ale nie dosłownie. Niesubordynacja zaszyta pod elegancją, jak u osoby, która zna zasady, ale od dawna przestała się nimi przejmować.
W słuchawce rozbrzmiał głos Lexi. Zanotowała wszystko w myślach, ale nie drgnęła ani o milimetr. Widziała kątem oka zarys sylwetki Daharisa i jego towarzystwo przy barze. Nie spodobało się jej to, ale nie było to teraz istotne. Kontynuowała tę niebezpieczną grę. Szybko stała się komunikatem. Przekazem. Demonstracją siły kogoś, kto nie zamierza się ugiąć, nie zamierza zniżać wzroku.
To on pierwszy go odwróci.
+20% do tarcz +20% do obrażeń biotycznych +10% do obrażeń przeciwpancernych, zdolność penetracji ścian i osłon
szansa na powodzenie umiejętności biotycznych 90%
TARCZE FENIKS 870 * 1.20 = 1040
koszt odnowienia 10 PA Podpala wszystkich w zasięgu, zadając 100 obrażeń z początkiem każdej tury aż do ugaszenia
PANCERZ 700
Precyzyjny aplikator: gdy pancerz spadnie poniżej 25% wartości, aplikator odnawia go do poziomu 75% raz w ciągu walki (1 omni-żel; brak kosztu akcji i PA).
N7 HURAGAN
Typ: samoczynna
Obrażenia: 630
Celność: 15
Odrzut: 10
Szybkostrzelność: 4 PA
Pojemność: 40 / 240 (seria 10 pocisków na strzał)